Podróż z Buenos Aires do Iguazú była jedną z najdłuższych w naszej dotychczasowej wyprawie. Bezpośrednio z statku z Urugwaju wsiadłem do pociągu i dojechałem na spotkanie z Lizką i dziećmi. Czekali już na mnie głównej stacji Retiro w Buenos Aires. Musieliśmy trochę się poszukać, bo Retiro są ze 4 koło siebie. To tak jakby obok dworca centralnego w Warszawie postawić kolejne trzy dworce i pomnożyć przez 10 ilość chodzących tam ludzi.
Na terminalu autobusowym stało z 60 autobusów w tym samym momencie. Widzieliśmy bus, który się nazywał “rapido tata”. “Szybkiemu tacie” udało się szybko znależć właściwy autobus na wodospady i ruszyliśmy o godzinie 20:00. Wysiedliśmy 31 grudnia, po 18 godzinach jazdy. Masakra. Trafiliśmy na starego grata, który wlókł się niemiłosiernie i śmierdział, jak skarpety małego Wojtka. Już po 2 godzinach podróży, łazienką czuć było w całym autobusie. Nasłuchaliśmy się o super jakości busach w Argentynie. O serwowanych obiadach i otwieranych winach dla pasażerów a trafiliśmy na jakąś komunikacyjne nieporozumienie. Dzieci jeszcze pogarszały sprawę kłócąc się o kawałek szyby, przez którą mogą patrzeć. Lusia przyszła na skargę, że Wojtek ciągle patrzy na jej połówkę. Potem Wojtek był oburzony na siotrę: “bo ona wylizała całe opakowanie po czekoladzie i nie zostawiła mi nic!” Poradziłem synowi, żeby sobie polizał zewnątrzną stronę z obrazkami, ale mówił, że nie jest zainteresowany…
Humory poprawiły się wszystkim dopiero, gdy oczekujący nas w Puerto Liberdad, franciszkanin ojciec Sylwan uśmiechnął się w drzwiach polskiej parafii. Dostaliśmy jego namiary w Buenos Aires i tym razem jechaliśmy spokojni o nocleg. Padre ugotował na powitanie żurek! Tak! Po dwustu dniach wyprawy dookoła świata zjedliśmy polską zupę. Jak smakowała? Jak niebo w gębie. Sam nie wiem, co było lepsze: polska zupa czy argentyńskie asado, które później pochłonęliśmy…
“Słuchajcie, nie ma co tracić czasu. Musicie jak najwięcej zobaczyć a odpoczywać będziecie w nocy.” Sylwan zaplanował nam pobyt, co do minuty. Słowa jednak nie dotrzymał, bo w nocy był sylwester i zabrał całą naszą rodzinę na imprezę. Po obiedzie pojechaliśmy do polskiej miejscowości Wanda. Oglądnęliśmy kopalnię kamieni szlachetnych. Lizka nasłuchała się od Sylwana o przepięknych wyrobach i już widziałem ognie zakupów w jej oczch. A myślałem, że Sylwan jest fajnym gościem ☺ Sprawa była poważna, bo odwrotnie proporcjonalnie do nowych kilogramów na moich plecach, grubość naszego portfela mogła ulec znacznej destrukcji.
Laura Pausini śpiewała kiedyś w jednej ze swoich piosenek o miłości i rozstaniu: “odszedłeś, jestem sama a jednak można żyć bez powietrza…”. Taka długa podróż pozwala przeżyć sytuacje, które w “normalnym” poukładanym życiu byłyby nie niemożliwe. Brak zegarka i telefonu, ciągła zmiana miejsc, najwięcej 4 noclegi w jedym łóżku, niegolona broda przez ponad 200 dni i szafa z ciuchami na rok czasu zmieszczona na plecach to teraz nasza podróżnicza codzienność. Wszystko to moja żona zaakceptowała z jedną małą uwagą: kamień z Wandy mieć musi i basta.
Zaczęło się jednak niespodziewanie świetnie. Po drodze tak się rozpadało, że samochod nie mogł jechać po glinianej drodze. Już, już mieliśmy zawrócić i zrezygnować z tej niebezpiecznej atrakcji. Już się w duchu uśmiechałem, okazując oczywiście przed żoną wielkie rozczarowanie i smutek. Po raz kolejny jednak padre Sylwan mnie zawiódł i zdołał przedrzeć się przez wielkie błoto. Dojechaliśmy na miejsce. Cóż, trzeba było wysiąść z samochodu i poddać się próbie ognia. Raczej próbie diamentu, albo jakiegoś tam innego drogiego kruszcu. Na wejściu kolejne rozczarowanie: kazali mi płacić za bilety!!! 50 pesos od osoby. “Jak tak można! Nie to nie dość, że już straciłem kawałek zdrowia na myśleniu, ile ton kamieni będzie chciała kupić Lizka a najgorsze jeszcze przede mną. Przecież ja mogę mieć tu zawał serca a oni mi każą jeszcze płacić bilety. To wy powinniście mi zapłacić, za to że przywiozłem wam miłośniczkę świecidełek, jakiej jeszcze w Wandzie nie było!!!”
Zwiedzanie zaczęło się całkiem spokojnie. Drogie kamienie od milionów lat były mocno przytwierdzone do skał. Wojtek z Luśką próbowali coś wydrapać, ale nie dali rady. Te, które ewentualnie możnaby zabrać ze sobą warzyły ze 100 kilo i Liza nic nie mówiła. Zastanawiał mnie jednak jej spokój. Spacerowała i oglądała, jakby była na pustym stadionie piłkarskim albo w kinie na westernie. Nie podobał mi się jej dziwny spokój i pozorny brak zainteresowania. “To chyba cisza przed burzą – pomyślałem – o rany, dowiedziała się, gdzie jest sklep. Jestem stracony.”
W tym momencie właśnie otarłem się o zawał serca, ale już nie mogłem nic na to poradzić. Miałem rację. Zdrajca rodzaju męskiego, straszliwy przewodnik był wtajemniczony w Lizki plan. Pokazał nam przepiękne kamienie a potem zaprowadził do sklepu. Serce biło mi szybciej od serca Bolta, gdy zdobywał złoty medal na 100 metrów. Zresztą Lizka zachowywała się z Luśką, jakby też chciały pobić rekord biegania pomiędzy półkami. Dalsza wyprawa stała pod wielkim znakiem zapytania. Istaniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że dziewczyny zamiast lecieć za tydzień do Afryki, będą wolały wracać samolotem kurierskim do Polski z 4 workami kamieni. Uratowała mnie późna godzina. Pan w kasie stwierdził, że musi zamknąć sklep i trzeba było wyjść. Kupiłem szybko jakieś dwa kolorowe wisiorki i wyczerpany wsiadłem do samochodu. Lizka z radością zadowiła się dwoma pieknymi kamieniami i podróż była uratowana. Uffff nigdy więcej kopalni złota, diamentów i innych drogich bzdur w tej podróży.
Na odpoczynek nie było jednak szans. Sylwan zabrał nas na sylwestra do znajomych. Poznaliśmy tam rodzinę Jeleniów, którzy pamiętali Polskę. Mama Jeleniowa przyjechała do Wandy, podobnie jak pani Maria z Buenos Aires, po II wojnie światowej. Tu osiadła i została na całe życie. Nigdy już nie pojechała do kraju, ale swoich dwóch synów nauczyła naszego języka. Porozmawialiśmy i powspominaliśmy dawne dzieje. Zjedliśmy, przyrządzone przez gospodarza, pyszne asado i radośnie przywitaliśmy Nowy Rok.
Pierwszego stycznia, zaraz po śniadaniu, Sylwan wpakował nas do samochodu i zawiózł na wodospady. To jedna z największych atrakcji tej podróży. “Cataratas del Iguazú to największe i najpiękniejsze wodospady świata. Siedźcie tu cały dzień a ja przyjadę po was wieczorem.” – powiedział i zostawił nas przed Parkierm Narodowym. Miał rację. To było nierealne, jakby powiedział mój kuzyn z Kopenhagi. Oglądneliśmy najpierw Garganta del Diablo a potem prześliśmy trasą wysoką i niską. Każda ze ścieżek pokazywała wodospady z innej strony. Raz z dołu, raz z góry a raz, jakby z powierzchni wody oglądaliśmy ten cód natury.
Podobno nie są najwyższe, ale największe i naprawdę przepiękne. To nie jest jeden, tylko kilkadziesiąt wielkich skoków. Woda spada tysiącami ton z wysokości kilkudziesięciu metrów z hukiem i taką siłą, że zapiera duch w piersi. Garganta del Diablo ma 90 metrowy skok. Mógłbym tak stać i podziwiać je wszystkie przez cały dzień. “Jak będziecie mieli szczęście, to zobaczycie tęczę” uprzedzał nas przy rozstaniu Sylwan. Widzieliśmy z 10 tęczy a przez moment nawet dwie obok siebie. Widzieliśmy też węża i jakieś dziwne zwierzęta z długimi nosami i jeszcze dłuższymi ogonami.
Myślałem, że to lemury, ale podróżująca z nami internetowo Halina poinstruowała nas, że to ostronosy rude. Chodziły sobie cwaniaki spokojniutko pomiędzy ludźmi i szukały “słabego elementu”: reklamówki. Nie były zainteresowane ani dużymi torbami, ani plecakami. Wyszukiwały ludzi z reklamówkami i skakały na nie, rozrywając folię pazurami. Gdy cała zawartość spadała na ziemię natychmiast porywały to, co nadawało się do pożarcia i uciekały do dżunglii. Byliśmy świadkami kilku takich akcji. Miły zwierzaczek łasił się koło pani, prawie machając ogonkiem i nagle zdecydowany skok z pazurami na torbę. Pani krzyczy a zwierzak rozrywa folię i rozrzuca cukierki, ciastka, owoce i napoje na trawnik. Tam czeka już z dziesiąciu zpiskowców, rozdzielają zdobycz i konsumują. Potrafią sprytnie rozerwać karton soku i wypić spokojnie całą zawartość. Odwijają papierki z cukierków i otwierają kartoniki z chipsami. Wchodzą ludziom siedzącym na barze na kolana, krzesła i stoły i sprawdzają co konsumują. Jak odpowiada im menu, to nie pytając o zgodę przyłączają się do jedzenia. Pod koniec dnia Luśka już nie chciała chodzić z nami i bawiła się z tymi zwierzakami. Nie było to zbyt bezpiecznym pomysłem, bo są jednak dzikimi, niebezpiecznymi zwierzętami, ale odeszliśmy od niej i nie mieliśmy pojęcia co robi. Opowiadała nam później, że siadała na chodniku, a one chodziły po niej. Głaskała dwa małe szkraby, aż zasnęły na jej kolanach. Na szczęście nic się nie stało.
Wieczorem spod parku odebrał nas Sylwan i zapowiedział atrakcję na kolejny dzień: po śniadaniu Paragwaj. “Nie można być tak blisko i nie skoczyć do Paragwaju, choćby na kilka godzin. “ powiedział nasz przewodnik turystyczny. Drugi stycznia spędziliśmy więc w kolejnym państwie naszej wyprawy a trzeciego pojechaliśmy do szpitala dla zwierząt. Wjechaliśmy traktorem w dżunglę i dzieci zaczęły swoją lekcję przyrody. Widziały ocelota, orła, pancernika, krokodyle, tukany i setki innych tropikalnych zwierząt. Uczyły się miłości do nich. Uczyły się opieki nad słabszymi i potrzebującymi współmieszkańcami Ziemi.
Na koniec oglądneliśmy film o ośrodku Guira oga i jego działaniach. To jedyne takie miejsce w Argentynie. Pomagają chorym zwierzętom. Jeden orzeł uczy się latać, bo jacyś bez serca ludzie trzymali go w małej klatce. Małpka, była prze 3 lata przywiązana do drzewa i zgłupiała. Teraz powoli odzyskuje zdolność do samodzielnego życia oraz skórę na szyi. Inny zwierz, maskotka dziecka, urosła i pozjadała kilka psów w okolicy. Rodzice przywieźli ją szybko tu, aby zapobiec poważniejszej tragedii. Każdy z mieszkających w ośrodku zwierzak ma jakąś swoją historię. Nabierają tu sił i wypuszczane są na wolność.
My “wolności” nie mieliśmy, bo wieczorem Sylwan zabrał nas na urodziny. Dziewczynka świętowała piętnaście lat. W Ameryce “15” urodziny dziewczyn to barzdo ważne wydarzenie. Mówi się, że wchodzą wtedy w dorosłość. Zresztą duża ich liczba traktuje ten moment bardzo poważnie i 9 miesięcy później ląduje na porodówkach. W prawie pół milionowym Posadas jeden z lokalnych szpitali rejestruje rocznie 300 przypadków ciąższ u dziewczyn poniżej 17 lat.
Impreza przerosła nasze wyobrażenie. Wynajęto halę sportową, dj, dekorację i limuzynę. To przypominało bardziej wesele, niż urodziny dziecka. Pamiętam, że na naszym weselu miałem 24 osoby a mój ojciec nie dołożył mi na nie ani złotówki. Tutaj rodzice zaprosili 200 gości. Gdy jubilatka weszła w pięknej sukni otrzymała kolię od mamy i taty oraz czerwone róże, od swojej klasy, która oczywiście została zaproszona w całości. Zatańczyła potem z każdym kawalerem, więc i mały Wojtek, chcąc nie chcąc musiał poprosić ją do tańca.
Były filmy i zdjęcia z dzieciństwa oraz przemówienia rodziny. Każda ciocia i wujek otrzymali prezent od Renaty za wkład w jej wychowanie. Goście siedzieli przy okrągłych udekorowanych stołach a na kolację podano asado z wołowiny, wieprzowny i kurczaka. Goście pili wino i piwo a w połowie imprezy rozkrojono piętrowy tort. Na koniec każdy otrzymał figurkę a ten “koniec” nastąpił od 5 rano.
W Ameryce imprezy zaczynają się bardzo późno. Byliśmy zaproszeni na godzinę 21:30, ale Sylwan mówił, że przed 23 na pewno nic się nie zacznie. Miał rację. Renata weszła na salę dokładnie na godzinę przed północą. Tu żadna rodzinna impreza nie zaczyna się przed 22 i nie kończy przed 3 nad ranem. My musieliśmy skończyć wcześniej, bo następnego dnia odjeżdżaliśmy do Brazylii.
Sylwan odwiózł nas w południe na dworzec. Mała polska parafia w Puerto Liberdad zostanie na zawsze w naszych sercach. Czuliśmy się tu, jak u siebie w domu. Sylwan zapewnił nam wór atrakcji. Włożył w nasz pobyt wielkie serce, czas i poświęcenie. Każdego dnia wsiadaliśmy w samochód i poznawaliśmy z nim coś nowego. Nawet na koniec, w drodze na dworzec nie mógł nie pokazać nam jakiejś kolejnej ciekawostki. Pojechaliśmy w urocze miejsce, gdzie rzeka Iguazú wpada do rzeki Paraná. Tu łączą się 3 państwa. Paraná rozdziela Paragwaj z Argentyną i Brazylią a Iguazú płynie pomiędzy państwami Pelego i Maradonny. Luśka była jednak bardziej zainteresowana huśtawką a Wojtek obfotografował 25 drzew i ruszyliśmy na dworzec. Przed nami 17 godzinna wyprawa do Sao Paulo. To będzie przedostatni przystanek w Ameryce. Zostaje nam jeszcze Rio de Janeiro i wylatujemy do Afryki, czyli witaj ebola!