Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat







© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 15.09.2014 - 26.09.2014 Kolumbia / 10 milionów ludzi Bogoty

Kolumbię zaczęliśmy zwiedzać z problemami. Będąc przez 10 dni na Kubie bez internetu żyliśmy sobie spokojnie z zaproszeniem w głowie, od Andrew z Bogoty. Niestety po wylądowaniu sprawdzając na lotnisku adres naszego przyjaciela, okazało się, że wysłał nam maila przed tygodniem anulując zaproszenie z powodu awarii instalacji wodnej w budynku.

Podjeliśmy decyzję poszukać Salezjanów. Pamietając serdeczne przyjęcia nas w parafiach na Kubie, Panamie, czy Kostaryce byliśmy pewni, że i tu tak się stanie. Niestety księdzu nie starczyła nasza opowieść o wyprawie dookoła świata. Nie pomogła też rekomandacja polskich Salezjanów. Bez maila uprzedzającego wizytę, nie mógł nas przyjąć.

Robiła sie godzina 19 i było już zupełnie ciemno. Dzieci zaczęły piszczeć o hotel. Wyskoczyliśmy też z samolotu, jak Filip z Konopii w krótkich spodenkach, a tu na wysokości 2,6 tysiąca metrów n.p.m. było dosyć zimno. Staliśmy w autobusach obok ludzi jadących w szalikach, czapkach i zimowych kurtkach.

Zastanawiąjąc się codalej rozpoczęliśmy rozmowę z Paulą, dziewczyną, która mijając nas zapytała czy w czymś pomóc. Zabrała nas do domu i poczęstowała kolacją, zaznaczając jednak, że nie może nas przenocować. Luśka była tak zmęczona, że zasnęła u niej na kanapie. Pogodzeni z myślą o poddaniu się i skorzystaniu z hotelu, wysłaliśmy dramatycznego maila do naszego niedoszłego hosta. “Andrew, gdy odwołałeś zaproszenie, byliśmy na Kubie bez internetu. Teraz jest 20 godzina i siedzimy w Bogocie, bez miejsca na nocleg. Czy mógłbyś jednak nam pomóc?” Zrezygnowani budziliśmy Luśkę i szykowaliśmy się do wyjącia hotelu. Było mi smutno, bo wylądowaliśmy w Kolumbii 15 września, dokładnie po 3 miesiącach naszej wyprawy. Wszystko wskazywało, że właśnie w tym dniu będę musiał poddać się i iść do hotelu. W 10 milionowej Bogocie nie mogliśmy rozstawić przecież namiotu na ulicy…

Nagle, składając laptop Wojtek krzyknął “Tato, przyszła jakaś wiadomość z couchsurfingu!” To pisał Andrew: “Ok, jak nie macie co począć, to wpadajcie. Musimy tylko kupić wodę do kąpieli, bo cały mój budynek nie ma wody w kranie”. Obiecałem, że wynajmę cysternę. Paula odwiozła nas. Zostaliśmy u Andrew 4 noce. Nasz nowy gospodarz ugotował typowe kolumbijskie danie: platany z ryżem. Uśmiechnięci i nakarmieni poszliśmy spać.

Bogota jest wielka. 10 milionów ludzi robi wrażenie. W centrum wynajęliśmy rowery i jeżdziliśmy sobie po Plaza Bolivar- głównym placu stolicy. Nazwę otrzymał od postaci szczególnej dla Kolumbijczyków (zresztą też dla mieszkańców Ekwadoru, Nikaragui, Wenezueli), która oswobodziła to państwo od Hiszpanów. Pół dnia spędziliśmy w Candelabria- przepięknej kolonialnej dzielnicy. Byliśmy w 3 muzeach: militarnym, złota i Francisco Botero.

Andrew jest wykładowcą angielskiego na uniwersytecie. Zorganizował nam prezentacje dla studentów. Pierwszy raz mieliśmy wykład dla dorosłych ludzi. Luśka bardzo się bała, ale po pierwszej prezentacji stwierdziła, że było świetnie. Studenci śmiali się, zadawali pytania i cały czas byli aktywni. Byli pod wielkim wrażeniem odwagi Wojtka i małej.

W piątek spotkaliśmy się z rektorem uniwersytetu i umówliśmy się na kolejne prezentacje. Poprosiliśmy o lekcje języka hiszpańskiego. Mieliśmy wyjechać w piątek a umówiliśmy się na poniedziałek. Trzeba było znów szukac noclegu, bo Andrew potrzebował wolnego mieszkania na wekend. Znów powstał problem, bo nikogo tu nie znaliśmy. Kiedy, po raz drugi w Kolumbii, bardzo poważnie myśleliśmy o hotelu zadzwonił Andrew i przekazał namiary do swojego kolegi, wykładowcy.

Hernan zaprosił nas do swojej rodziny. Poznaliśmy jego mamę, siostrę i tatę. Niesamowici ludzie. Cały dom rodziny Rojas jest niezwykle ciepły i przyjazny. Rano czekała na nas uczta a nie śniadanie ☺ Potem pojechaliśmy razem zwiedzać Bogotę.

Centrum poznaliśmy sami, wypożyczając dwa dni pod rząd, darmowe rowery a dziś familia Rojas pokazała nam okolice Bogoty. Wielkie miasto wchłania mniejsze miejscowości a ten proces odbywa się bardzo dynamicznie. Bogota rozciąga się w każdym kierunku. Nie oszczędza nawet okolicznych gór a mówimy naprawde o potężnych wzniesieniach, bo miasto leży na wysokości 2600 metrów n.p.m. Zwiedziliśmy właśnie takie osiedla, które jeszcze niedawno funkcjonowały jako samodzielne jednostki administracyjne. To fenomen państw latynoamerykańskich, które mając wiele niedostępnych obszarów koncentrują przemysł, handel, politykę i życie w kilku wielkich aglomeracjach.

Bogota jest podzielona na 10 zon, z których najbiedniejsza jest zona nr 0. Mieszkańcy płacą podatki w zależności od zamieszkania. Ludzie zamieszkujący zony nr 8, 9 i 10 płacą duże podatki, które rekompensują mniejsze podatki zony 2 i zerowe wpłaty w zonie 0 i 1. Miasto nie ma nazw ulic. To również nawiązuje do tutejszej mody używania numerów ulic. Ulice przecinają się wzajemnie pod kątem prostym i leżą równolegle do stron świata. Pomiędzy czterema skrzyżowaniami leżą tzw. bloks., czyli grupy budynków, tworzące kwadrat zabudowań po między poszczególnymi ulicami. Tak zwane caies są paralerne do linii wschód-zachód a carreras do pólnoc-południe. Podobno ma to usprawnić poruszanie się po mieście.

To wielka bzdura. Miejscowi mają problem z odszukaniem ulicy, bo w centrum, gdzie carrera nr 1 przecina się z caie nr 1 wszystko działa super. Gdy jednak jedziemy do carrery nr 76 zaczyna się problem, bo rozbudowujące się miasto nie utrzymuje już tak ścisłych podziałów i tworzy ulice prywatne albo dzieli “bloks” na mniejsze. Gdy dodamy do tego tzw. diagonale, czyli przekątne w poszczególnych kwadratach przestaniemy już cokolwiek rozumieć. Ogólnie panuje więc niezły galimatias. Nas on dziś nie dotyczył, bo cały dzień spędziliśmy na obrzeżach Bogoty. Jedliśmy typowe kolumbijskie dania, dużo spacerowaliśmy i oglądaliśmy nocną panoramę stolicy.

TOP

Centrum poznaliśmy sami, wypożyczając dwa dni pod rząd, darmowe rowery a dziś familia Rojas pokazała nam okolice Bogoty. Wielkie miasto wchłania mniejsze miejscowości a ten proces odbywa się bardzo dynamicznie. Bogota rozciąga się w każdym kierunku. Nie oszczędza nawet okolicznych gór a mówimy naprawde o potężnych wzniesieniach, bo miasto leży na wysokości 2600 metrów n.p.m. Zwiedziliśmy właśnie takie osiedla, które jeszcze niedawno funkcjonowały jako samodzielne jednostki administracyjne. To fenomen państw latynoamerykańskich, które mając wiele niedostępnych obszarów koncentrują przemysł, handel, politykę i życie w kilku wielkich aglomeracjach.

10 milionów ludzi Bogoty