© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Rodzinna wyprawa dookoła świata

www.lopacinskichswiat.pl

Wyniki wyszukiwania dla tagu: Ameryka Południowa


Kurs I pomocy

Odbyliśmy szkolenie z pierwszej pomocy. Nasi instruktorzy Dominik i Adrian, toruńscy strażacy nauczyli nas jak udzielać sobie pomocy i jak pomagać, aby nie zaszkodzić sobie.

Gwatemala dzień 1

Jesteśmy w Gwatemali. Tu wszystko jest za kratami.

Gwatemala - pierwsze wrażenia

Wyszliśmy rano z domu jak obłąkani. 8 godzin różnicy jest w pierwszych dniach zabójcze. Zaplanowaliśmy więc spokojną aklimatyzację.

Antigua Guatemala

45 kilometrów do Gwatemala City znajduje się stara stolica państwa. Wcale się nie dziwimy, że została przeniesiona. Ta stara jest obok 3 wulkanów.

Pierwsza szkoła w Gwatemali

Byliśmy dziś w pierwszej szkole
. Trzeci dzień naszej wyprawy dookoła świata. Trzeci dzień w Gwatemali i pierwsza wizyta w szkole. Nasz projekt “Szkoły świata” dziś miał swoją inaugurację.


Jezioro Atitlan

Piękne jezioro z trzema wulkanami i miejscowościami Majów.

Gwatemala - gastronomiczne ciekawostki

Większość dań ma 2 podstawowe składniki: avocado i pastę z czarnej fasoli. Jedliśmy prażonego banana (pomarańczowego!!!) z pastą fasolową i jajecznicę z fasolą. W jajecznicy fasola była w całości, ale być może tylko dlatego, że kucharz zapomniał ją rozgnieść... Innym razem trafiliśmy na rybę z avocado. Avocado dokłada się tu do śniadań, chleba i zup.

z Panajachel do Chichicastenango

Wiecie, co jest pięknego w takich dalekich i długich podróżach? To jest to, że plan jest jedynie zaproszeniem do robienia czegoś, co wcześniej zaplanowaliśmy.

San Pedro - pierwszy zdobyty wulkan

To było ciekawe doświadczenie i spełnienie mojego marzenia, chodzenia po wulkanie.Ten wulkan był szczególny. Bezpośrednio pod nim znajduje się drugie, co do wielkości jezioro w Gwatemali: Atitlan. Święta Woda dla miejscowych Majów. Wraz z nimi poruszamy się po jeziorze w łódkach. Wracając z wspinaczki trafiliśmy na rejs przez wszystkie wioski. Raz wsiadał gość z workami cementu, innym razem babka z przywiązanym do miski żywym kurczakiem a jeszcze innym, dzieci płynące do szkoły.

Tikal - zaginione miasto Majów

Tikal jest Parkiem Narodowym z biletami wstępu. Nikt tu nie mieszka na stałe. Punktem wypadowym jest miasto Flores. Przyjechaliśmy tu, po 6 rano, nocnym autobusem z Gwatemala City. Na mapie atrakcji turystycznych Gwatemali Flores stanowi również bardzo ważny punkt, bo położone na wyspie jeziora Petén Itzá stanowiło ostatnią ostoję cywilizacji Majów, która została podbita przez Hiszpanów dopiero w 1697 roku.

Pożegnanie z Gwatemalą

Nasze dzieci przejechały się tuk-tukiem i wspięły na wulkan. Zobaczyły drzewa bananowe, krzaki kawy, palmy kokosowe i rosnące na wulkanie, drzewa avocado. Były pod wrażeniem kilkudziesięciometrowych kaktusów. Zobaczyły uśmiechniętych ludzi, którzy żyją w lepiankach w wioskach Majów. Bawiły się z gwatemalskimi rówieśnikami w szkole w Gwatemala City. Spały w namiocie w dżungli i nad jeziorem Atitlan. Kąpały się w jeziorze Petén Itzá z wodą ciepłą, jak gotowana zupa. Stąpały po magicznych piramidach starożytnych Majów z wpisanym na listę UNESCO zagonionym mieście Tikal. Zobaczyły to wszystko z swoimi rodzicami, którzy pokazali im, że marzenia można zrealizować, jak samemu się w nie uwierzy.

Witamy Belize

Belize ma być naszym mocnym turystycznym akcentem. Najpiękniejsza i największa rafa koralowa na świecie, karaibskie plaże i mili ludzie. Łoooł to zupełnie inny kraj do Gwatemali. Różnicę widać już po przekroczeniu granicy. Tu koszą trawę przed ogródkami, mówią po angielsku i mają czarną skórę. Ulice są puste, bo wszystkich Belizejczyków jest tylko pół miliona. Ci, których dziś spotkaliśmy przypominają nam Boba Marleya. Uśmiechnięci chodzą sobie po ulicach i cieszą się życiem.

Blue Hole National Park - Belize

Park Narodowy Blue Hole. Dzieci pierwszy raz w życiu wspinały się w jaskini i kąpały w podziemnym jeziorze. Po godzinnej wspinaczcie przez dżunglę, znaleźliśmy naszą nagrodę: blue hole. Szmaragdowe jeziorko z zimną wodą, która w dzisiejszym upale była super.

szkoły świata - Belize

Byliśmy gośćmi wakacyjnej szkółki biblijnej. Dziś spotkaliśmy się z dziećmi z miasteczka San Ignacio. To nie była prezentacja, jak w Gwatemali, bo dzieci mają tu zimowe wakacje. Tak, tak, naprawdę: zimowe. Trudno i nam w to uwierzyć, bo prażymy się w 40 stopniowym upale i tylko w trakcie króciutkich deszczy można lepiej poddychać.

Caye Coulker

Pierwszy raz widziałem na żywo wielkiego żółwia, krowę morską i płaszczkę. W innym miejscu rafy kapitan rasta, oczywiście z długimi dredami poprosił, abyśmy przygotowali się na mocne wrażenia.

Przypłynęły rekiny.

Dwumetrowe kolosy pływały koło nas ocierając się o nasze ciała. Kapitan rasta zabrał jednego na ręce i podał nam go. Rany, trzymaliśmy z Wojtkiem rekina, który spokojnie leżał sobie i jakby drzemał w naszych ramionach…


Belize City

Belize City było kiedyś stolicą i największym miastem w Belize. Baliśmy się tego miasta. Mieszkająca tu Karolina od 2 miesięcy mówiła nam, że w niektóre części miasta nigdy się nie zapuściła a pierwszym jej zakupem był samochód, żeby nigdzie nie chodzić na piechotę. Szczególnie uprzedzała nas przed tą częścią miasta, w której jest dworzec autobusowy. Hmmm, to tam, gdzie pierwszego dnia szwendałem się z 40 minut w poszukiwaniu kafejki internetowej. Ulice są pełne rastamanów.

Gwatemala po raz drugi

Już na granicy Gwatemala przywitała nas po swojemu. Pas graniczny znajduje się na rzece i widać dwa przejścia. Jedno górą- oficjalne i drugie- rzeką pod mostem, równie “oficjalne”, choć bez konieczności posiadania paszportów. Dziesiątki ludzi rozbiera się do majtek i brodzi rzeką na drugi brzeg. Stojący na moście przechodnie, celnicy i policjanci patrzą sobie spokojnie, jak idzie tamtym walka z silnym prądem.

Punkt gwatemalskiej kontroli granicznej w Tapachuli oddalony jest od meksykańskej straży granicznej 150 metrów. To wystarczająco dużo dla pomysłowych spekulantów, aby wyciągać od turystów pieniądze.


El Salvador- dzień pierwszy

p>Wjechaliśmy do 4-tego państwa naszej wyprawy. Do El Salvadoru przyjechaliśmy na zaproszenie ich Ministerstwa Turystyki. Na granicy przywitał nas miły urzędnik i pod ochroną 2 policjantów odwiózł do górskiej agroturystyki.

Śpimy w drewnianym domku w środku dżunglii. Prąd jest tylko wieczorami, przez parę godzin. Zresztą po co potrzebny prąd, jak nie ma internetu?


Gejzery

Z ziemi psikała para, jakby z czajnika. Kamienie były aż osmolone od wysokiej temperatury. Gdy gejzer wyrzucał swoją parę w sadzawce, to wszystko bulgotało. Widzieliście kiedyż wielki basen gotującej się wody? Nie? Ja też nie. Tak właśnie można to jednak opisać. Woda tak bulgotała, że strach było podejść, bo co chwila chlapała w innym miejscu wrzątkiem.

Wracając do domu, pojechaliśmy kwiatowym szlakiem “Ruta de las Flores”. To kompleks małych, klimatycznych miejscowości z niepowtarzalną, kolonialną atmosferą. Pełne kawiarenek z lokalną kawą zapraszają do oderwania się od rzeczywistości. Fontanny, kolonialna zabudowa, hiszpańskie kościoły i lokalna gastronomia – żyć, nie umierać!


El Salvador

Kolejne państwo i kolejne spotkanie z dziećmi. Nieduża górska miejscowość prawie bez turystów. Przez kilka dni pobytu widzieliśmy kilku amerykańskich lub kanadyjskich podróżujących. Dzieci uczą się w dużym, parterowym budynku, w którym wszytskie klasy mają wyjście na patio. Klasy nie mają żadnych sprzętów multimedialnych, ale w centralnej części szkoły znajduje się zadaszenie z krzesłami i kablami do rzutnika i komputera. Na naszą prośbę dostaliśmy nawet ekran i przedłużacz.

Joya de Ceren- kolejne wykopaliska Majów

Z górzystego Ruta de las Flores samochód Ministerstwa Turystyki zabrał nas do stolicy. Ogólnie ilość obsługujących nas osób przez tydzień pobytu w El Salvatorze była równa naszej rodzinie. Mieliśmy zawsze ochronę 2 policjantów, pana kierowcę z Ministerstwa i przewodnika. Tak dobrze jak tu, to jeszcze nam nie było ☺

San Salvador- stolica El Salvadoru

Po przemyśleniach na krawędzi wulkanu San Salvador ruszyliśmy zapoznać się z stolicą El Salvadoru. Tym razem było bardzo podnośnie.

Pierwszy raz mieliśmy przewodnika, który naprawde fajnie opowiadał historię miasta. A nie była łatwa, bo pobliski wulkan nie był zbyt laskawy dla miasta i kilka razy narobił w nim bigosu.

Poznaliśmy historię Oskara Romero, arcybiskupa El Salvadoru, który został zamordowany w 1980 roku. Jego historia przypomina mi naszego księdza Popiełuszkę.


Tegucigalpa, czyli witaj stolico Hondurasu

O rany, ile się naczytaliśmy o Hondurasie. Najniebezpieczniejsze państwo świata. 148mordertw na 10 tys mieszkańców. Nie jedźcie tam, bo was zamordują. Hmm, nie jst miło usłyszeć takie rady, ale cóż było robić… Pojechaliśmy do Hondurasu.

“Nie wychodźcie w nocy z domu i nie wchodćcie w dzień do tych i do tych dzielnic”- takie przestrogi uslyszeliśmy od goszczącego nas Hiszpana, Fernando. I takie rady szanujemy. Są konkretne i wnoszące coś do naszej wyprawy.

Zresztą, gdy w nocy usłyszeliśmy w stolicy pistoletowe strzały,


jedzenie w Hondurasie

Kuchnia honduriańska opiera się na balaedas.

Baleadas

to też tortilla, ale dużo większa od swojej meksykańskej kuzynki. Ma cieniutkie ciasto i smakuje, jak polski naleśnik. Jest zrobiona oczywiście z ciasta kukurydzianego.

Smaruje się ją fricholes (fasolową pastą) i nakłada różne dodatki. Lizka jadła baleadas z serem i jajkiem a Wojtuś z fricholes, serem, jajkiem i kurczakiem.


Copan- stolica Majów

Po gwatemalskim TIKAL, meksykańskich TULUM i CHICHENITZA przyjechaliśmy do kolejnej stolicy państwa Majów. Honduraskie COPAN jest również wpisane na listę UNESCO.

Czym różni się Copan od innych, zwiedzonych przez nas lokalizacji? Lusia na pewno powie: “papugami!!!” Na terenie wykopalisk żyje stado 40 albo 50 papug Ar. To i dla nas, dorosłych było niesamowite.

Wojtkowi spodobały się tunele.


Corrida i metalowe drzewa w socjalistycznej stolicy

Wrażenie na całej naszej rodzince zrobiły potężne metalowe drzewa “rosnące” na głównych alejach miasta. Najbardziej jednak przeżyliśmy corridę. Pierwszy raz (a to ci heca, znów coś zrobiliśmy pierwszy raz…) w życiu poszliśmy na corridę. Nie popsuło nam humorów 1,5 godzinne opóźnienie z rozpoczęciem. Panowie tak sie spieszyli, że rozgniewane byki, poszły … spać. Spóźnienia w tej części świata to normalka. Sana corrida, to rewelacja. Nie zdawałem sobie sprawy, jak to jest niebezpieczne… Może zdjęcia trochę to oddadzą. Przez chwilę jednak trzeba zapomnieć o zwierzęco/humanitarnuch kwestiach i nie myśleć o tym, co myślą, podczas tej zabawy, byki. Dla sprawiedliwości warto podkreślić, że w przeciwieństwie do meksykańskiej i hiszpańskiej corridy, tu byki nie sa ani zabijane ani nawet ranione, czego nie można powiedzieć o dwóch zawodnikach.


Wulkan Masaya - mały, ale wariat

Wulkan Masaya zwany przez starożytnych "La Boca del Infierno" (gęba diabła) był czczcony, jako bóstwo. Odbywały się tu uroczyste obrzędy religijne, podczas których zrzucano małe dzieci do krateru, jako ofiary dla boga. Gdy Hiszpanie podbili te tereny, ustawili krzyż obok krateru, aby odstraszyć diabła. Jednych i drugich pogodziła potężna erupcja wulkanu. Wielki wyciek lawy zniszczył na kilkaset lat całą okolicę.

Wulkan jest nadal czynny. Ostatnia erupcja miała miejsce w 2008 roku. Z krateru wydobywa się cały czas dym a wokół, czuć stare jajka (śmieją się dzieci), czyli siarkę. Ochrona ostrzega, że stężenie wokół krateru jest tak duże, że nie powinno się przebywać na szczycie dłużej, nić 5 minut. Sam szczyt nie jest zbyt okazały, bo mierzy zaledwie 635 metrów n.p.m.


Mombacho- nasz wulkan numer 7

Po zapewnionej przez Ministerstwo Turystyki wycieczce po jeziorze i zwiedzaniu Granady, ruszyliśmy na kolejne wyzwanie: nasz numer siedem. Wulkan Mombacho. 1344 metrów n.p.m.

Mombacho jest wymarły, ale przez otaczający go klimat żyje w postaci endemicznych, tylko tu występujących roślin. Najciekawsza jest najwyższa partia roślinności, która wiecznie przykryta wilgotnymi chmurami, rośnie w jakiś dziwny, niespotykany sposób. Nie umiem opowiedzieć na czym dokładnie polega ta “inność”. Na pewno jednym z elementów jest niesamowita siła witalna tych roślin. Tutaj rzucony patyk na ziemię, następnego dnia puszcza korzenie. Płoty robi się tak, że wkopuje się kije, które same zamieniają się w wielkie żywopłoty.

Gdy zeszliśmy na chwilę na wulkanie z trasy, poczuliśmy co to znaczy dżungla. Ściana pnączy, korzeni i drobnych roślin, która nie pozwala iść do przodu. Nam się udało, bo znaleźliśmy koryto rzeki i nim dotarliśmy do drugiego szlaku.


San Juan del Sur- lekcje surfowania

San Juan del Sur- lekcje surfowania.

Dziś postanowiliśmy wysłać nasze dzieci do szkoły. Wczoraj odwiedziliśmy tu szkołę podstawową i teraz, na zaproszenie Ministerstwa Turystyki Nikaragui, poszliśmy sami do szkoły.

To nie była zwykła szkoła. To były takie dziwne zajęcia sportowe. Lekcje surfowania. Co jak co, ale na surfowowaniu, to my się znamy dobrze. Od dwóch miesięcy surfujemy po kanapach ludzi i idzie to nam tak dobrze, że ani razu nie płaciliśmy za hotel.


Ometepe- jezioro wielkie, jak morze - z 2 polskimi akcentami

Po lekcjach nurkowania w słonej wodzie Pacyfiku, ruszyliśmy na wielkie jezioro Nikaragua. Jego długość przekracza 160 kilometrów a na widnokręgu nie widać drugiego brzegu. Gdy kąpaliśmy się wreszcie w słodkiej wodzie, szalały fale, jak w Bałtyku.

Na środku jeziora znajduje się główna atrakcja Nikaragui: magiczna wyspa Ometepe. Ana niej dwa wulkany. Prom prowadził kapitan, który studiował na Wyższej Szkole Morskiej w … Szczecinie. Luśka fakt ten zgrabnie wykorzystała i przeprowadziła sesję fotograficzną na mostku kapitańskim.


Wulkan Arenal

Zostaliśmy na dworcu małej miejscowości bez pomysłu na nocleg. Sytuacje “trochę” pogarszał lejący się z nieba deszcz. Wyszedłem z Luśką kupić coś do jedzenia i zobaczyłem niedzielne nabożeństwo w kościele. Na mszy św. byliśmy rano w Nikaragui, więc nie wybierałem się do kościoła. Widok jednak modlących się ludzi, przypomnał mi list polecający, który otrzymaliśmy za pośrednictwem księdza Mariusza, dyrekora szkoły Wojtka, od szefa prowincji Salezjanów w Polsce. Wziąłem więc pod pachę rekomendacje i poszedłem porozmawiać z księdzem.

Godzinę poźniej siedzieliśmy już w pizerii z proboszczem parafii i cieszyliśmy się wyśmienitą pizzą i lóżkami w centrum pastoralnym.


Julio z San Jose

San Jose, stolica Kostaryki przeszła nasze wyobrażenia. O rany, jak miasto w Ameryce Łacińskiej może być tak dobrze zorganizowane, nowoczesne i czyste… Na ulicach nie ma papierów. Ludzie są dobrze ubrani i jeżdżą nowymi autobusami europejskich oraz koreańskich fim. Autobusy zatrzymują się tylko na przystankach a pasażerowie ustawiają się w uporządkowane kolejki i grzecznie wsiadają do pojazdów. Normalnie szok!


Golfito nad Pacyfikiem i szpital Wojtka

Kłopoty prędzej czy później musiały przyjść. Kostaryka zaczęła się od samego początku źle. Drogie ceny, czasami wyższe niż w Polsce nastawiły mnie w pierwszym dniu z rezerwą do tego kraju. Sytuację pogorszył totalny brak zaproszeń na couchsurfingu. Nie mieliśmy gdzie spać a w podróży z dziećmi, to nieciekawa sytaucja…

Następnie zgubiliśmy karimatę a kiedy o tym rozprawialiśmy, pozbyliśmy się w autobusie następnej. Teraz mamy 2 na 4 osoby. Cholerka, trochę mało. Śpiąc niedawno w namiocie, doświadczyliśmy tego na właśnych tyłkach. Dobrze, że to była plaza nad Pacyfikiem i jakoś przebąkaliśmy z Lizką tę noc. Jedno jest pewne: musimy kupić karimaty.


Zaspane w lasach chmurowych San Vito

Wyjechaliśmy z Golfito i oddalajać się od niebezpiecznych plaż Pacyfiku dotarliśmy do sennej miejscowości San Vito. Zasiedlona w latach 50 ubiegłego wieku przez Włochów ma delikatnie inny klimat i atmosferę, niż pozostałe miasta Kostaryki. Uznaliśmy, że powinna być sympatycznym miejscem na odpoczynek i uporządkowanie planów na Panamę i Kubę. Podziwianie szczytów gór przykrytych chmurami bardzo mnie tu uspakaja. Lasy chmurowe są po prostu niesamowite.


La Havana- socjalistyczne powitanie

Jak można było do dziś utrzymać utopijny socjalizm? Jak można tak zniewolić ludzi, żeby zaakceptowali idiotyczne ustalenia. Do niedawna Kobańczyk nie mógł sprzedać mieszkania i samochodu. Nie można mu było skorzystać z hotelu. Do dziś funcjonuje na Kubie nakaz pracy i darmowy posiłek dla każdego obywatela, dwie waluty i autobusy dla lokalnych i turystów. Jeszcze niedawno 12-letnie dzieci musiały rostawać się z rodzicami i wyjeżdżać do tzw. “Escuela del campo”, czyli “polnych szkół”. Tam, poddawane indoktrynacji, uczyły się i pracowały, odwiedzając dom rodzinny kilka razy w roku. O kolejnych dziwadłach dowiedziałem się już na miejscu.


Jak tu żyć panie Fidel, jak żyć?

Damas en blanco - Kobiety w bieli”. To żony internowanych ludzi, którzy po kilka lub kilkanaście lat przesiedzieli w politycznych więzienach.

Ksiądz przestrzegał nas, żebyśmy uważali podczas spotkania z nimi. Są zawsze otoczone funkcjonariuszami bezpieki i nieustannie inwigilowane. Podczas świąt państwowych często Castro aresztuje je, żeby nie zakłócały “wielkich rewolucyjnych wydarzeń”. Nie mogłem odpuścić.


Cygara za 10 groszy

Natchnęliśmy się na kilka polskich akcentów. Obok kościoła Świętego Franiszka jest ławeczka Chopina a na przepięknym cmentarzu COLON leży polski generał. Roloff Carlos Mialowski zajmował tu nawet funkcje ministerialne.


10 milionów ludzi Bogoty

Centrum poznaliśmy sami, wypożyczając dwa dni pod rząd, darmowe rowery a dziś familia Rojas pokazała nam okolice Bogoty. Wielkie miasto wchłania mniejsze miejscowości a ten proces odbywa się bardzo dynamicznie. Bogota rozciąga się w każdym kierunku. Nie oszczędza nawet okolicznych gór a mówimy naprawde o potężnych wzniesieniach, bo miasto leży na wysokości 2600 metrów n.p.m. Zwiedziliśmy właśnie takie osiedla, które jeszcze niedawno funkcjonowały jako samodzielne jednostki administracyjne. To fenomen państw latynoamerykańskich, które mając wiele niedostępnych obszarów koncentrują przemysł, handel, politykę i życie w kilku wielkich aglomeracjach.


Kolumbia, Bogota

Tu chyba padł rekord. w Bogocie mieliśmy 5 prezentacji na uniwersytecie!

Paulo z Ciudad de Panama

Stolica Panamy ma od dziś twarz Paula Ventany, który nas tu gościł. 73 letni Paulo jest emerytowanym nauczycielem i choć czas wybył na jego postaci swoje znaki, to jest pełen wigoru i ochoty do życia. Taka jest właśnie Panama. Z jednej strony stara, kolonialna i dostojna. Często biedna, zaniedbana z rozsypującymi się kamieniczkami. Jednocześnie za rogiem, piękna, dostojna i nowoczesna. Centrum biznesu z drapaczami chmur, nazywane jest Nowym Yorkiem południa.


Cali - światowa stolica samby

Po Cali oprowadził nas Robert, który mieszka tu od paru lat. Spędziliśmy razem cały dzień. Poznaliśmy, u niego w domu kolumbijską narzeczoną. Robert zna miasto jak miejscowy. Znalazł nam świetną miejscówkę na tani i smaczny obiad, wspiął się z nami na szczyt (nie pamiętam nazwy), z którego można było podziwiać panoramę Cali a na koniec zabrał nas nas do lokalu na wymianę językową i darmową lekcję samby.

Świnki morskie z Ipiales

Przeprowadziliśmy tam 4 prezentacje z dziećmi i osobami dorosłymi. Kolumbia to państwo, w którym mieliśmy 9 prezentacji. Wojtek dostał zaproszenie od Enrike na przyjazd za rok. Będzie spał u rodziny Enrika i uczył dzieci w szkole języka angielskiego. Po zaproszeniu do świadkowania na weselu, które otrzymaliśmy od Moniki i Hernana z Bogoty, to już drugie zaproszenie do Kolumbii. Kto wie… Może faktycznie tu wrócimy.

Esmeraldas, czyli Ambasador dotrzymał słowa

Kilka miesięcy temu pojechaliśmy do Warszawy, dogadać szczegóły indyjskiej wizy. Hindusi dając wizę obligują każdego, aby wykorzystać ją w ciągu 6 miesięcy, od daty wbicia. Mając zaplanowane Indie na 9 miesiąc naszej wyprawy, chcieliśmy namówić panią Ambasador na specjalne pozwolenie. Nie załatwiliśmy nic, ale wychodząc zauważyliśmy w tym sam budynku ambasadę Ekwadoru.


Quito - Mitad del Mundo

Jak ktoś jest w Quito, to musi zobaczyć MITAD DEL MUNDO- środek świata. Choć linia równika, dzieląc Kulę Ziemską na dwie części, przebiega przez cały świat, przecinając z 15 państw, ma długość 40.076 kilometrów to tylko w Quito postanowiono pomnik.

Banos - wulkan Tungurahua

Robiłem 3 kroki na stromej ścianie i musiałem odpoczywać. Nie mogłem dalej wspinać się po oblodzonej i prawie pionowej ścianie. Przegrałem z wulkanem Tungurahua. Bez specjalistycznego sprzętu zjechałem przed szczytem 20 metrów i zaczęło się robić niebezpiecznie. Doszedłem do 4.560 metra

Cuenca - ostatni przystanek przed Peru

Nie mieliśmy wiele czasu na zwiedzanie Cuenca, więc zdecydowaliśmy się na objazd najważniejszych zabytków miasta odkrytym autokarem. Super zabawa, polecamy. Od kilku miesięcy obserwowaliśmy turystów jeżdżących takimi autokarami a teraz sami zasiedliśmy do przejażdżki. Fajna zabawa.


Ekwador, Banos

gastronomiczny Ekwador ma smak robaka Wojtka

Peru

Zaczęliśmy od Trujillo a tu ważnym elementem dań są owoce morza i mięso. Wiedząc, że w Europie argentyńskie steki uchodzą za ideał, postanowiłem poddać peruwiańską kuchnię od razu mocnej kontroli. Zjedliśmy więc schab z kością przyżądzony na grillu


Kolumbia, Ipiales

Nieźle się tu napracowaliśmy. W Kolumbii zorganizowaliśmy najwięcej prezentacji.


Ticlio- najwyższa prezentacja w podróży

Najwyżej zorganizowana prezentacja naszych dzieci odbyła się w Ticlio, Peru.

Peru, Lima - Salezjańska Fundacja Bosco

Dziś mieliśmy nietypowe spotkanie z dziećmi, wychowankami Ośrodka Salezjanów w Limie.

Lima z panią Marią Kralewską

Zwiedzamy Limę z biurem podróży Maria Kralewska

Pingwiny z Islas Ballestas

Pingwiny Humboldta, foki i kormorany z Islas Ballestas są bardzo piękne i .... śmierdzące

Peruwiańskie Radio Morococha

Nadające z wysokości prawie 5 tysięcy metrów n.p.m., chyba najwyżej położone radio na świecie wyemitowało wywiad wywiad z nami.

Peru, Arequipa - Salezjańska Szkoła Jana Bosco

Odwiedziliśmy kolejną placówkę Salezjanów, którzy pomagają dzieciom w Peru

TVP 3 "Region na widelcu"

O egzotycznych przepisach kulinarnych dziś opowiadaliśmy w TVP

UFO-ludek z Nasca

Cześć, jestem UFO-ludek z płaskowyżu Nasca. Od kilku tysięcy lat ludzie oglądają moje rysunki i zastanawiają się nad autorem.

Necropolis Chauchilla z Nasca

Necropolis Chauchilla z Nasca to przedinkaskie cmentarzysko.

Kondory z Cruz del Cóndor

kondory- największe ptaki świata

Arequipa - wulkan Chachani

Byłem sam w zupełnej ciemności. Zasypiałem, wstawałem i szedłem dalej. Znów zasypiałem na piasku i skałach i budziłem się. Tak kilka razy.

Peru, Calca - Salezjańskie Oratorium

Opowiedzieliśmy o Toruniu wychowankom Szkoły Salezjańskiej w Calca. Zjedliśmy z nimi pierniki i poznaliśmy ich życie.

Indianie Uros z świętego jeziora Tikicaca

Śpią, jedzą , mieszkają na wodzie w trzcinowych domach na trzcinowych wyspach...

Peru, Tikicaca, pływająca szkoła Indian Uros

Tu wszystko pływa. Nawet szkoła jest pływająca...

Cuzco pępkiem świata Inków

Cuzco z początku odpychające, czaruje potem każdego, kto tu przyjedzie. Nas też oczarowało.

Święto czaszki, droga śmieci i księżycowa dolina w La Paz

La Paz jest odlotowe. Nie polubiliśmy go od razu, ale po kilku dniach już go kochamy. Droga śmieci, dzień czaszek i księżycowa dolina to nasz plan.

Huayna Potosí - nasz pierwszy wspólny 6-tysięcznik

Kolejny 6-tysięcznik na trasie naszej wyprawy dookoła świata. Dokładnie 6.088 metrów zdobyte z Wojtkiem.

Boliwia

Kolejne smaki, kolejne państwo. Może tu znajdziemy trochę więcej warzyw...

Boliwia, Cochabamba, Salezjańska Szkoła Podstawowa

Nowe państwo i nowa szkoła. Dziś odwiedziliśmy Salezjańską szkołę w Cochabamba.

W gościnie u księdza Andrzeja w Cochabamba

Czy można zrobić sobie wakacje od wakacji? My potrzebowaliśmy chwili spokoju i znaleźliśmy ją w Cochabamba.

Salar de Uyuni - największa solniczka świata

Flamingi, pustynie, kolejowy cmentarz i 10 tys. km 2 soli, czyli kolejne przygody naszej zwariowanej rodzinnej ekipy.

Chile

empanadas, berlinos, sopa mariscos i inne smakołyki

San Pedro de Atacama i pływanie bez pływania

Valle de la Luna i Laguna Dejar, czyli nasze największe atrakcje pustyni Atacama

Rybacy bez łodzi z La Serena

La Serena, czyli łowienie małży w Pacyfiku i degustacja pisco w Pisco Elqui

Miłość w Valparaiso

Zakochałem się w Valparaiso, ale nie w kimś, tylko w mieście...

Bezdomne Valparaiso

najpiękniejsze miasto mojej wyprawy ma też smutną stronę

Chile, Santiago, szkoła w la Colina

Wojtek zatańczył krakowiaka a rodzice poloneza - w Chile odwiedziliśmy razem z polską Ambasadę szkołę w la Colina, pod Santiago.