Oddalone o 12 godzin jazdy od Talca, Puerto Montt jest naszym pierwszym przystankiem w drodze do chilijskiej Patagonii. W mieście jest kilka nowoczesnych budynków i królują za to małe, drewniane domki. Ludzie mieszkają na wielkich osiedlach pełnych malutkich i takich samych domeczków.
Tu zaczyna się już surowy lodowy klimat. Trafiliśmy na początek lata, więc my nie marzniemy, ale w zimę temperatura schodzi do minusowych poziomów. Największym jednak problemem jest wiatr. Podobno tak wieje, że trudno jest czasami poruszać się po ulicach.
W planach mieliśmy 2 dniowy pobyt w Puerto Montt i kontynuację wyprawy. Rozlokowaliśmy plecaki (i dzieci) u przemiłej, poznanej w couchsurfingu Solange i zaczęliśmy szukać pomysłu na następne dni.
Zawsze tak robimy. W nowym mieście najważniejszy jest najbliższy nocleg a potem zabezpieczenie dalszej trasy. Po przyjeździe zastanawialiśmy się nad sposobem dotarcia do kolejnego portu, skąd mamy zaplanowane wycieczki na lodowce. Od dłuższego czasu myśleliśmy o wynajmie samochodu. Wchodziła też opcja kontynuacji podróży statkiem oraz, jak zwykle w Ameryce, autokarem.
Statek wydawał się jednak strzałem w dziesiątkę, ponieważ spektakularna trasa wiedzie przez chilijskie fiordy i podobno jest jedyna w swoim rodzaju na świecie. W biurze jednak usłyszeliśmy, że kolejny statek wypływa za tydzień. “To jak często one pływają?” – zapytałem. “Raz w tygodniu. Dziś wieczorem wypływa jeden z nich.” – usłyszałem w odpowiedzi. “To proszę na dziś” - zdecydowałem się natychmiast. Niestety nie było już ani jednego miejsca. Nawet rozdzielając całą rodzinę (tak właśnie zrobiliśmy w autokarze do Puerto Montt – każdy siedział na innym fotelu) na osobne kabiny nic się nie znalazło. Wyszliśmy zniesmaczeni i bez pomysłu na 7 dniowe oczekiwanie na statek. W odwiedzonych wypożyczalniach nie było wolnych aut, bo trafiliśmy na długi, chilijski weekend i mieliśmy problem.
Wróciłem do biura przewoźnika i zacząłem pytać o oferty konkurencyjnych armatorów. “A co tam, może mi babka coś powie…” – pomyślałem. Powiedziała, ale niestety to, że konkurencja też nic nie ma. Ale gdy zaczęliśmy z Lizką opowiadać o naszej wyprawie nagle znalazła się kabina i to w promocyjnej cenie. Gdy weszliśmy, byliśmy w szoku: miała własną łazienkę i kosztowała mniej, niż te bez łazienek! Przed jej oglądnięciem, czekały na nas jednak niespodzianki…
Mieliśmy wypłynąć o 12 w nocy, więc zameldowaliśmy się z półśpiącymi dziećmi punktualnie o wyznaczonej porze, żeby jak najszybciej wsadzić je do łóżek. Polecono nam zająć miejsce w poczekalni armatora, gdzie z innymi pasażerami przesiedzieliśmy … dwie godziny. Do 2 w nocy nikt z obsługi Navimag do nas nie przyszedł. Nie mieliśmy żadnych informacji, co się dzieje.
Rozłożyliśmy dzieciom karimaty i położyliśmy je spać na ziemi. W pół do trzeciej wsiedliśmy do podstawionego autokaru i pojechaliśmy na statek. Tutaj zastępca kapitana wreszcie nas przeprosił i powiedział, że wkrótce wypłyniemy. “Wkrótce” trwało prawie 2 godziny i około 4,30 nad ranem weszliśmy do kabiny. Gdy wstałem o 8 w oknie zobaczyłem … dokładnie te same drzewa, które widziałem wsiadając na statek. “Hmmm, coś tu jest dalej nie tak” – pomyślałem.
Było bardzo nie tak, bo statek nie wypłynął do godziny 12 w południe. Przesiedzieliśmy cały ranek, bez żadnych wyjaśnień i czekaliśmy na odpalenie silników. Wreszcie ruszyliśmy do Puerto Cachabuco.
Chile wygląda bardzo europejsko w porównianiu do innych krajów Ameryki. Jest drugim po Argentynie najbardziej rozwiniętym krajem regionu, w którym ludziom żyje się stosunko dobrze. Korupacja jest najmniejsza ze wszystkich latynoskich krajów, co oznacza względną stabilizację. W Boliwii nie spotkalismy ani jednego dużego sklepu a tu, w dużych miastach są wielkie centra hadlowe, nowe samochody i nowoczesne budynki.
Ale to tylko pozory. Mentalnie to dalej latynoska Ameryka. Ludzie nie są punkualni i nie dotrzymują słowa. Nie są profesjonalni w tym, co robią i panuje bardzo niska kultura obsługi. Sprzedawcy trzymają ręce w kieszeni i nie znają swoich towarów. Człowiek w informacji turystycznej nie zna miasta, które reprezentuje. Na statku, po opuszczeniu kabin wyrzuca się całą pościel do prania, bezpośrednio na ziemię, gdzie chodzą w butach pasażerowie.
Nasza przygoda z Navimag to idealny przykład na poziom obsługi. Statek na szczęście szczęśliwie dopłynął do Puerto Cachabuco i zaczęliśmy nowy rozdział naszej wyprawy. Przepłynęliśmy obok setki wysp, przedzierając się wielkim promem przez wąskie przesmyki cieśnin. Bardzo fajna przygoda a nadal najlepsze, lodowcowe krajobrazy Patagonii były przez nami.