Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 19.01.2015 - 23.01.2015 Mozambik / Mafalala - afrykańskie slamsy w Mozambiku

Mafalala - afrykańskie slamsy

Dziś nasz gospodarz w Maputo, Ruha de Cavalio wydał obiad na naszą cześć. Zaprosił swoich dziennikarzy, by wspólnie “wyciągnęli z nas” przy lokalnych potrawach, jak najwięcej informacji o Europie. W małej restauracyjce na promenadzie zjedliśmy pyszne krewetki tygrysie, grillowane ośmiornice i ryby a dziennikarze pytali, jak nam się żyje na Starym Kontynencie.

Jak tu odpowiedzieć, gdy Mozambik jest bardzo biedny… Stolica przypomina trochę Havanę. Większość budynków w Maputo jest zniszczona. Niektóre dzielnice nie mają kanalizacji. Nie ma transportu miejskiego. Ludzie przemieszczają się starymi, małymi i rozklekotanymi busikami, które są niesamowicie przepełnione. Przejażdżka takim 12 osobowym busem w 35 stopniach gorąca, obok 30 współpasażerów, z których dokładnie zero osób użyło dezodorantu a bliżej nieokreślona liczba nie wzięła rano prysznica, nie jest zbyt ciekawym przeżyciem.

Mozambijczycy są super!

Mimo to Mozambijczyków znajdujemy bardzo przyjaznych i czujemy się w Maputo dobrze. Ci, z którymi mieliśmy kontakt, dzięki uprzejmości Ruha de Cavalio, okazali serce i pomoc. Oczywiście są też tacy, którzy uważają, ze ze względu na kolor naszej skóry powinniśmy im coś dać. Najlepiej puszkę piwa lub parę dolarów. Jeżdżący jednego dnia z nami Mauro, pomimo że za każdym razem wspólnie jedliśmy na mieście lub piliśmy coś zimnego na nasz koszt, zapytał na koniec, czy dostanie napiwek. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że robił to w godzinach pracy i na polecenie swojego szefa. Niezły był też cmentarny policjant, który straszył mandatem, równym jego dwumiesięcznego wynagrodzenia. Jeden i drugi nic nie wskórał pozostawiając w nas jednak niepotrzebny niesmak. Częstym numerem (ale znanym nam już dobrze z krajów Ameryki Południowej) jest proszenie o wodę i następnie wracanie z nią do sklepu, żeby odebrać pieniądze. W takich momentach albo nic nie kupujemy kombinującemu w ten sposób cwaniakowi, albo karzemy mu otworzyć butelkę przy nas. Mozambik ma bardzo dużą powierzchnię i stosunkowo mało mieszkańców. Podróżując więc wgłąb kraju widać wielkie przestrzenie. Afrykańska sawanna z rzadkimi drzewami jest przepiękna i pociągająca. Niestety coraz mniej tu zwierząt. Na pytanie, czy spotkamy na sawannie żyrafy lub antylopy ludzie się śmieją w twarz, bo sami je widzieli ostatni raz, z kilka lat temu. A szkoda.

Afrykański kościół i Indyjski Ocean

W Mozambiku religią wiodącą jest chrześcijaństwo, które wyznaje ponad 60% społeczeństwa. Na plaży trafiliśmy na obrzędy jednego z afrykańskich kościołow syjonistycznych. Ubrane na biało kobiety tańczą i głośno śpiewają przy bębnach rytualne pieśni. Wyglądają, jakby były w jakiejś hipnozie. Widziałem popychaną przez wszystkich kobietę w kręgu, która była jakby leczona i namaszczana przez starsze przewodniczki. To była ta sama sekta, która w Havanie na Malecón zabiła wielkiego indyka na naszych oczach i wysmarowała się jego krwią. Dzieciaki oglądnęły przez kilka minut te tańce i zaraz zaczęły popychać mnie na plażę. Luśka z Wojtkiem pierwszy raz w życiu weszły do wody Oceanu Indyjskiego, zaliczając tym samym, w tej podróży, wszystkie trzy oceany świata. Woda? Niestety brzydsza od Karaibów. Nie ma tak pięknego szmaragdowego koloru i wygląda na zamuloną. Temperatura? Jak ciepła zupa, czyli nie ma mowy o ochłodzeniu.

Ulice pełne dziur

Po kąpieli dzisiejszy kierowca, dziennikarz Sansao Arnaldo Mazive zabrał nas na dalszy ciąg poznawania Maputo. Jeździliśmy po ulicach pełnych dziur, przy których polskie drogi wyglądałyby, jak patelnie. W sklepach można raczej kupić wszystko, co potrzeba, ale słabej jakości. To dlatego wjeżdżające z RPA do Mozambiku samochody są przepełnione towarami. Widzieliśmy busy pełne ziemniaków, mebli, soków, ubrań a nawet jajek. Jedynie owoców jest tu w bród. Mango, banany, papaje, ananasy rosną wszędzie. W naszym ogrodzie mogliśmy podejśc do ogródka i zerwać każde z nich prosto z krzaka.

Tato, to chyba nie jest pociąg towarowy?

Małe miejscowości wyglądają jeszcze gorzej. Ruina na każdym kroku. Tu czas wygląda, jakby się zatrzymał. Piękne budynki z XIX wieku niszczeją bez opieki. W Maputo nawet siedziby ministerstw wyglądają strasznie. Poobdrapywane, brudne i zaniedbane, jakby nie należały do najważniejszych osób w państwie. Do Fortalezy, położonego w starym forcie, muzeum wojskowego z czasów kolonialnych trzeba było przeciskać się przez zarośla i zaparkowane samochody, bo nie było chodnika i żadnego dojścia. Przepiękny ponad 100 letni dworzec kolejowy przykryty był kawałkami dziurawej blachy falowanej. O jakości pociągów lepiej nie mówić. Wojtek skwitował ją pytaniem: “tato, to chyba jest pociąg towarowy?”. Spacerując po Maputo można się zastanawiać dlaczego wydano zakaz fotografowania ministerstw i cmentarzy. Może to jest zwykły wstyd przed rozprzestrzenianiem się informacji o katastrofalnym stanie infrastruktury państwa...

Chińczycy też tu są

Widzieliśmy Casa de Ferro, metalowy dom z 1892 roku, Gil Vincente - pierwsze kino w Mozambiku i najsławniejszą kawiarnię, Café Continental. Jest też kilka nowych inwestycji. Buduje się głównie banki, hotele i rezydencje. Na nadmorskim deptaku powstają dwa nowe hotele, które budowane są przez Chińczyków. Chińska ambasada przypomina twierdzę. Obecność azjatyckich biznesmenów z państwa środka jest coraz bardziej zauważalna w Afryce. Również lokalni biznesmeni budują luksusowe osiedla, zagarniając coraz to nowe przestrzenie nadmorskiego pasa. Zamieszkująca dotychczas zaniedbane ugory biedota, spychana jest przez buldożery w zamknięte getta. To robi bardzo smutne wrażenie, gdy wokół budujących się wielkich rezydencji, widać ludzi mieszkających w drewnianych, prowizorycznych chatach, bez żadnych mediów. Jeden z takich kontrastów pokazał mi Sansao. Kartonowa toaleta prowizorycznego domu miała ścianę dosłownie kilka centymetrów od świeżo wykopanej dziury na fundamenty nowej rezydencji.

Wizyta w Mafalali, gdzie szlam płynie środkiem chodnika.

Najbiedniejsza dzielnica Maputo nazywana jest Mafalala i przypomina brazylijską fawelę. Odwiedziliśmy ją w nasz ostatni mozambijski wieczór. Szlam z odchodami płynął środkiem ubitych w piachu pseudo chodników. Ludzie żyją tu w małych betonowych domkach. To najczęściej jednoizbowe mieszkania, które mają zbitą z desek toaletę na zewnątrz i osobne stanowisko, z butlą gazową, do gotowania. Wstają rano, idą do pracy a wieczory spędzają na ulicy. Ci, którzy nie są nigdzie zatrudnieni zostają przed domami na cały dzień.

Zwykle jest tu bezpiecznie, ale po zmroku trzeba uważać. Na południu Afryki bardzo szybko zapada zmierzch. Około godziny 18 wieczorem niebo zaczyna szarzeć, żeby po 19 było już zupełnie ciemno. O 5,30 wschodzi słońce, a o 7 rano zaczyna mocno grzać. Do Mafalali pojechaliśmy po zmroku, ale nie odczuliśmy żadnego zagrożenia. Ludzie z uśmiechami pozowali do zdjęć i nie mieli problemu z obecnością białych w ich osiedlu. Mrok jednak mimowolnie wzbudzał w nas niepokój i po 19 pojechaliśmy do domu.

A może trochę mniej wędlin w twojej lodówce…?

Tam czekał na nas Rui, który postanowił zrobić drugą niespodziankę w tym dniu. Kupił prosiaki i specjalnie dla nas je oporządził. Gdy Luśka zobaczyła wiszące małe świnki zaczęła tak płakać, że nie mogliśmy jej przez pół godziny uspokoić. Nasza mała obrończyni wszystkich zwierząt na świecie postanowiła dziś przejść na wegetarianizm. Powiedziała , że już nie chce więcej patrzeć na krzywdę zwierząt. Gdy już zaczęła łamać się i mówić: “ no, może czasami tylko zjem sobie kotlecika schabowego” przyszedł czas na ostatnią świnię. Kwik, który usłyszeliśmy na długo został nam w uszach. Rzeźnik zabijał ją wolno podcinając gardło tępym nożem. Świnka wyła w niebogłosy, aż do momentu, gdy ostrze dotarło do krtani. Straszne wrażenie. Do Lusi dołączyła Lizka i razem nie mogły do siebie dojść. My z Wojtkiem też mieliśmy nieswoje miny.

Rui chciał pokazać nam prawdziwą Afrykę. Taka jest tu rzeczywistość. Ważne, żeby nie męczyć zwierząt i nie marnować pożywienia. Rzucenie związanych prosiaków obok siebie i zabijanie ich po kolei, co pół godziny, po sprawieniu poprzedniego, nie jest zbyt humanitarne. Tu w Afryce tak się dzieje jednak od lat. Ciężko jest pewnie przestawić społeczeństwo na inną formę zabijania. Ale nie dziwmy się tak bardzo, drodzy. Spójrzmy na nasze europejskie menu. Najlepiej zmiany zacząć od siebie i sprawdzić czy w lodówce nie gnije nam jakaś wędlina. Nie musimy jeść mięsa codziennie. Wiem, że najłatwiej zrobić kromkę z szynką, ale równie smaczna będzie z serem, pomidorem albo dżemem. Moja żona piecze przepyszne warzywne pasztety, gulasze i pizze.

Z naszej rodziny tylko ja zjadłem tego zgrillowanego prosiaka i (o losie!) była to najsmaczniejsza wieprzowina w moim życiu. Wiem wiem, tu świnki kwiczą a ja zły i krwiożerczy człowiek je później konsumuję. Luśka nie gadała ze mną przez pół następnego dnia. Co jednak miałem zrobić? Rui de Carvalho zaplanował dla nas tą niespodziankę i nie było by miło mu odmówić. Wiele razy próbowałem pieczonych prosiaków w całości. W Filmarze Robert, szef hotelowej kuchni przygotowywał co róż jakieś pieczenie. W trakcie tej wyprawy, świniaki jedliśmy także w polskiej ambasadzie na Kubie. Ten jednak, ugrillowany w całości był nierealny. Mięso smakowało niezwykle soczyście, jak nigdy, zjedzone dotychczs przeze mnie.

TOP

Kontynuujemy poznawanie z Mozambiku. Jestesmy w stolicy, Maputo.

Mafalala - afrykańskie slamsy w Mozambiku