Peruwiańska gastronomia wiele razy była pokazywana nam w trakcie tej wyprawy, jako idealny przykład południowo-amerykańskiej kuchni. Najlepsze desery, najlepsze lody, najlepsze owoce i sałatki podobno są tu właśnie przyżądzane. Najlepsi kucharze też pochodzą z Peru.
Z ostatnim nie zgodzę się już na wstępie, bo szef kuchni Robert Borzymowski, z którym pracowałem w moim Filmarze, jest z pewnością najlepszy na świecie. Resztę postanowiłem sam sprawdzić.
Zaczęliśmy od Trujillo a tu ważnym elementem dań są owoce morza i mięso. Wiedząc, że w Europie argentyńskie steki uchodzą za ideał, postanowiłem poddać peruwiańską kuchnię od razu mocnej kontroli. Zjedliśmy więc schab z kością przyżądzony na grillu. Mięso miękkie, soczyste, różowe w środku i jednym słowem przepyszne. Frytki przygotowywane w restauracji dopieściły podniebie, ocierając się o ideał. Gdyby nie, zbyt długie oczekiwanie, to dałbym 10 na 10.
Na pochwałę zasługuje kelner, który widząc, że zbyt długo czekamy na dania przyniósł lokalnego drinka a do dań głównych dołożył chiorizo z grilla- lokalne kiełbaski.
Drink nazywa się pisco sour i jest lokalnym przysmakiem. Ma żółty kolor i jest mocno spieniony. pisco sour składa się z 3 elementów: ratyfikowanego soku z winogron, świerzego soku z limonki oraz el jarabe de goma, czyli elementu słodzącego nassego drinka. Stosuje się różne proporcje w zależności od upodobań. 4:1:1, 3:1:2, 3:1:1 lub inne. El jarabe do goma to rozpuszczony cukier, który łatwiej się miesza w drinku z alkoholem od zwykłego cukru. Nigdy nie należy używać cukur pudru, ponieważ zawiera skrobię kukurydzianą.
Kolację popiliśmy sangrią z jabłkiem a potem, skoro byliśmy w Trujillo, zamówiliśmy piwo Trujillo a dzieci pochłonęły 1,5 litra Inka COLA. Żółty, gazowany napój przypominał mi polskie, landrynkowe orężady sprzed dwudziestu lat….
Pachamanca ogromnie zaskoczyła nas. Niezwykłą potrawę przygotowuje się w dole, wykopanym w ziemi. Najpierw trzeba wykopać głęboki dół a potem rozpalić ognisko. Na ognisku nie pieczemy mięsa, tylko kamienie…
Tak, tak rozgrzewamy w nim kamienie, które potem urzyjemy do pieczenia. Gdy osiągną tak wysoką temperaturę, że nie będziemy ich już mogli dotknąć gołymi rękoma, wrzucimy je do dołu w ziemi.
Na warstwę kamieni wkładamy surowe ziemniaki, potem znów kamienie i następnie mięso: połówki kurczaków, wieprzowinę i wołowinę. Na samą górę wkładamy warzywa i zasypujemy kamieniami.
Na powstałą górę kamieni kładziemy płachty materiałów, kartony i folię (to mi się niezbyt podobało…). Ostatnim elementem jest dokładne zasypanie ziemią. Trzeba tak szczelnie zasypać nasz ziemny piekarnik, żeby nie wydostawała się para.
Pieczeń pozostaje w ziemi przez około 1 godzinę a po wyciągnięciu ma jest bardzo soczysta. Podaje się ją na talerzu na zasadzie bomby kalorycznej. Ja dostałem około 1,5 kilograma mięsa i dwa ziemniaki, fasolę oraz dziwne pomarańczowe warzywo.
W Peru znalazłem wreszcie mój drink z żaby, o którym tak dużo czytałem w Polsce. Składa się z kilkunastu składników, z których najważniejszym są 4 żaby. Uśmierca się je i szybko obdziera ze skóry i wnętrzności. Następnie razem z kostkami wrzuca się je do szejkera. Potem dodaje się do niego ciemne piwo, papaję, sok pomarańczowy, miód, banana i z 10 innych składników. Smak? Pyszne. Po wypiciu tego soku byłem syty przez kilka godzin.
Peru miało być gastronomicznym centrum świata. To tu miałem znależć niespotykane nigdzie dotąd smaki, zapachy i aromaty. Hmmmm. Znalazłem mięso i bardzo mało warzyw. To znaczy na straganach było ich dużo. Samych ziemniaków czasami na merkatach można było spotkać z 12 rodzajów. Podobno mają ich tu ponad tysiąc odmian. Jednak żywiąc się jak oni, w ulicznych budkach, mieliśmy najczęściej do wybory chicharone, kurczaka lub wieprzowinę. Przetwarzają tu z mięsa dosłownie wszystko. Widzieliśmy gotowane krowie pyski, kanapki z wieprzowymi jelitami, kopyta i inne obrzydliwości...
Tu pierwszy raz w życiu zjadłem mięso z alpaki. Bardzo chude mięso smakuje jak połączenie wołowiny i królika. Lepiej je więc jeść w pieczeni i w sosie, niż soute z grilla.
Największe peruwiańskie piwa nazywają się, jak miejscowości, czyli w Trujillo piłem piwo "Trujillo", w Arequipie, piwo "Arequipeña" a w Cuzco, piwo "Cusqueña" i były to całkiem smaczne, jasne piwa.
Peruwiańczycy jedzą bardzo mało ryb. Czasami udało się znależć trucha, czyli troć, ale od razu kosztowała 3 razy więcej, niż mięso. Spotykaliśmy czasami ceviche, które np. w Puno podawli z kieliszczkiem mleka tygrysa. Te surowe, zaparzone tylko w soku z cytryny ryby i owoce morza były naszym ratunkiem przed mięsem i ziemniarami. Co to jest więc to tajemnicze mleko tygrysa? Mleko tygrysa to pikantny sok z limonki, który pozostaje w naczyniu po ceviche. Ma delikatny posmak ryb i jest wspaniałym odżywczym napojem.