Dla zaczynających gastronomiczną przygodę w Ameryce Południowej w Ekwadorze największą niespodzianką będzie na pewno brak pieprzu w restauracyjnych dodatkach i świnka morska. My spróbowalismy ją już w Kolumbii. Tu jest trochę droższa, bo cała kosztuje w granicach 22 $. Sam sposób przyżądzania jest jednak ten sam: grill.
Raz zamówilismy bułki z “czymś” czarnym, ciepłym i bardzo słodkim. W środek dużej bułki włożony był kawał tutejszego białego, solonego sera i czarne, gotowane coś. Jemy, jemy i całą rodziną zastanawiamy się co to jest. Nieduże, bardzo słodkie i gotowane “coś” wkładane jest w kanapkę przed samym jedzeniem. Wreszcie eureka! To figi. Tak. W Ekwadorze podają bułki z serem i gotowanymi figami.
Śpiąc u amerykańskich mistrzów ekwadorskiej kuchni, Jenifer i Boba spróbowaliśmy ich specjałów, z których najbardziej mi smakowała słodko-pikantna pasta z jalapeños.
Oto przepis:
• jedna duża zielona paprika • 12 papryczek jalapeños • wydłubane nasiona z 4 dodatkowych papryczek jalapeños • 1½ szklanki octu jabłkowego • szczypta soli • 4¼ szklanki cukru pudru • 120 gram żelatynyZieloną paprykę z 12 jalapeños miksujemy i podgrzewamy na ogniu z octem jabłkowym przez 15 minut. Po ostudzeniu przecedzamy przez gazę, aby pozbyć się pulpy. Ciecz podgrzewamy w rondlu, mieszając ją z solą i cukrem. Dodajemy żelatynę i mieszamy z nasionami 4 jalapeños. Gotową pastę wekujemy i po ostudzeniu wkładamy do lodówki, ciesząc się słodko-pikantnym smakiem.
Na jedną z kolacji Jenifer podała linguini w serowym sosie z krewetkami. Pyszne!
Piliśmy też w Ekwadorze świerzy sok z borojó. To owoc drzewa o tej samej nazwie. Sam owoc nie wygląda zbyt ciekawie i z samą wodą nie smakował nam zupełnie, gdy próbowaliśmy go w Cali, w Kolumbii. Teraz przygotowany na ekwadorski sposób z wodą i odrobiną mleka był super.
Wojtek zapamięta Ekwador poprzez smak świetnej czekolady a Luśka była pod wrażeniem 2-litrowych opakowań jogurtów.
Najbardziej jednak zakoczyło nas dziwne, ruszające się danie, które zobaczyliśmy w Quito. Wielkie, żółte i żywe robaki zjada się tu na przekąskę. Postanowiliśmy z Wojtekiem też je spróbować. Aby to zrobić, trzeba oddzielić myśli od wrażeń smakowych i skupić się tylko na tych drugich. Po pierwszym rozgryzieniu czujemy w buzi coś bardzo dobrego, słodkiego i płynnego. Następnie musimy poradzić sobie z skórą robaczyska. Hmmm pychotka.