Po kolejnej nocnej podróży autokarem dotarliśmy nad Pacyfik, do najstarszego prawie miasta Chile: La Serena. Kolonialne centrum z fajnym rynkiem “La Recova” w samym centrum miasta, aż zachęcało do spacerów.
Po sztucznym i bardzo turystycznym San Pedro de Atacama dotknęliśmy wreszcie chilijską naturalność. Tu naprawdę toczy się takie samo życie od setek lat. Ludzie mieszkają w starych drewnianych i bardzo niskich budynkach. Robią zakupy w małych rodzinnych sklepikach. Są dla siebie mili i serdeczni i takim samym uczuciem obdarzają przyjezdnych.
Gdy sprawdzaliśmy maile, Wojtek z Luśką zaczepili w parku Simona, który 40 lat temu był w Polsce. Pytał ich, jak teraz się żyje w naszym kraju. Gdy podeszliśmy do nich, Simon zabrał nas do “Confiteria Centrale” – sklepu z słodyczami jego kuzyna i kupił dzieciom chilijskie czekolady.
Widzimy dużą zmianę w podejściu do nas miejscowych ludzi. Tu w Chile, wszyscy są uśmiechnięci i jakby szczęśliwsi. Rozwiązanie jest proste: Chile, to drugi po Brazylii najbardziej rozwinięty kraj Ameryki Południowej. Ludziom dobrze się tu żyje. Średnia pensja sięga tysiąca dolarów i za te pieniądze można spokojnie przeżyć miesiąc. Trosk jest mniej, więc można się być radośniejszym i serdeczniejszym dla innych.
W La Serena spaliśmy 3 noce u Roberta i Elizabetty, którzy mieszkali w pięknym domu nad samym morzem. Podobnie jak my, byli miłośnikami win i dobrej kuchni. Ustaliliśmy więc na wstępie plan dyżurów w kuchni i zabraliśmy się za pełny odpoczynek. Potrzebowalsmy tego po boliwjskich pustyniach i namiotach w San Pedro de Atacama. Pierwszy dzień nam minął na spacerach nad brzegiem zimnego Pacyfiku i zabawie z 5 psami Elizabetty. Wieczorem ugotowałem spaghetti aglio, olio i pepperoncino a gospodarze uraczyli nas chilijską specjalnością: supa de maras- zupie z małżami, serem i cytryną.
Oprócz jedzenia mieliśmy w La Serena dwie ważne destynacje: Elqui Valle i Pisco. Kanion rzeki Elqui jest znany z pięknych krajobrazów i świetnej gastronomii a Pisco słynie z pisco, czyli wyrabianego z winogron mocnego alkoholu. Dzieci zostawiliśmy na głównym placu w Pisco i poszliśmy na turystyczny spacer po fabryce “Mistral”, produkującej pisco według starych, wiekowych metod. Alkohol przypomina włoską grappę, ale jest od niej bardziej aromatyczny. Do znanego w całym Peru, Boliwii i Chile drinka Pisco sur tu nie trzeba dodawać tak dużo limonki, bo aromat samego pisco jest pełny owoców cytrusowych.
Zapytaliśmy tylko naszą barmankę, kto wymyślił pisco, bo również w Peru, obok wysp Bajjestas byliśmy w mieście, które nazywa sie Pisco. W przewodnikach piszą, że za same pytanie tego typu, można dostać szklanką pisco po głowie, a tu pełna uczciwość: “hmmm, ze smutkiem muszę przyznać, że najstarsze wzmianki o pisco pochodzą z okolic peruwiańskiego Pisco a my wymyśleliśmy tylko nowy przepis bez jajka, który jest znacznie lepszy” – powiedziała. Faktycznie w Peru do szejkera dodają trochę kurzego białka, co daje wielką pianę. W Chile piany jest mniej, bo tworzy się tylko z lodu. Będąc jednak z dziećmi nie mogliśmy zbyt dużo degustować tego narodowego przysmaku dwóch krajów i ruszyliśmy w prawie 3 godzinną podróż z powrotem do La Serena.
Na plaży w la Serena znaleźliśmy jeszcze jedną ciekawą atrakcję. Pomiędzy falami zaczęli wychodzić z morza ludzie. “A gdzie są ich łodzie, tato?” zapytał Wojtek. Właśnie: żadnych łodzi nie było w morzu a oni nadal wychodzili na piasek z wielkimi workami małż. Dziesięć, dwadzieścia, czterdzieści siedemdziesiąt osób. Prawie stu ludzi wyszło w piętnaście minut z wody. To byli rybacy bez łodzi.
Poławiacze małż. Wchodzą do oceanu w ciepłych piankach, obciążeni 20 kilogramami ołowiu i zanurzeni po szyję zbierają w piasku małże. Każdą falę muszą przyjąć na siebie schylając się pod nią. Robią to tak sprytnie, że pomiędzy falami wygrzebują stopami w pasku małże i gdy przychodzi fala, schylają sią po zdobycz, uciekając jednocześnie przed uderzeniem.
Nie mogłem nie spróbować. Umówiłem się na następny dzień na 6 rano. Roberto, jeden z rybaków przyniósł mi piankę. Sądziłem, że sprawa jest bardzo prosta: noga w piasek, wykopanie małży i szybkie zabranie jej ręką, przed falą do siatki. To teoria. Praktyka okazała się taka, że wysokie na 2 i 3 metry fale, przesuwały mnie co chwila w inne miejsce. Walczyłem i walczyłem, ale przez godzinę żadnej małży nie znalazłem. Dobrze, że Roberto wyniósł na brzeg w tym samym czasie z 25 kilo małż, bo w domu obiecałem gospodarzom spaghetti z owocami morza...