Kuchnia honduriańska opiera się na balaedas.
Smaruje się ją fricholes (fasolową pastą) i nakłada różne dodatki. Lizka jadła baleadas z serem i jajkiem a Wojtuś z fricholes, serem, jajkiem i kurczakiem.
W Hondurasie je się więcej ryb i owoców morza. I tu na ulicach można spotkać ceviche z marynowanymi w limonce krewetkami. Podczas pobytu nad morzem Karaibskim jedliśmy pyszne sopa de mariscos. To były żółte zupy na mleczku kokosowym z owocami morza.
Podobno lokalnym przysmakiem nad morzem są tu surowe jajka żółwi. Postanowiłem próbować wszystkich dziwnych potraw, ale po spotkaniach z meksykańskimi żółwicami miałem mieszane uczucia o ukradzionych z gniazd jajkach. Na szczęście nie spotkaliśmy tych straganów i dylemat sam się rozwiązał.
Nad jeziorem Lago de Yojoa zjedliśmy świetne smażone tilapie. Muszę przyznać, że znają się tu na rybach. Podaje się je z bananami (ale tylko z nazwy, bo miejscowi mówią, że to są platan-y hahaha), sałatką z cebuli w jakimś dziwnym czerwonym sosie (ohydztwo!!) i (oczywiście) fricholes. Na zakąskę pochłonęliśmy kolejne ceviche. Tym razem były z zieloną papryką i morskimi ślimakami.
A do picia? Nie mają tu jakiegoś swojego alkoholu. Głównie pije się tequile i rum. Polecamy rum Flor de Cana. Nie jest z Hondurasu. Sprowadzają go z Nikaragui. Maja rację. Jest super. Dla chętnych powyżej 18 lat podam kiedyś przepis na dobrego drinka z rumem i limonką. Najczęściej pitym alkoholem jest piwo. Do tilapii spróbowaliśmy lokalnej cervezy: Salva Vida.
Wieczorem zobaczyłem wreszcie plantację ananasów. Prawie codziennie jemy całą rodzinką jednego ananasa a do dziś nie wiedziałem, jak one rosną. Na każdym kroku spotykamy drzewa pomarańczy, bananów, limonek i mango, aż wreszcie udało się dziś z ananasami. Rosną jak marchewki. Owoce zostają pod ziemią a ponad powierzchnię wystają twarde, podłużne liście. Pewnie dlatego ich nie widziałem wcześniej.