Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 04.01.2015 - 11.01.2015 Brazylia / Favela Moinho w São Paulo

Favela Moinho w São Paulo

Wysyłaliśmy i wysyłaliśmy zapytania na cauchsurfingu i nikt nam nie odpowiadał. Szukaliśmy Polaków, ale i tu nic nam nie wychodziło. Wielkie Sao Paulo i nic. “Naprawdę pośród 12 milionów ludzi nikt się nie znajdzie, kto będzie chciał nas poznać, zaprosić do siebie i przenocować?” – myślałem. Pewnie, że nie jest łatwo przyjąć do domu 4 osobową rodzinę. Tyle razy jednak nam się udawało i na koniec mielibyśmy wyłapać wpadkę... Postanowiliśmy z Lizką, że w wielkich miastach nie śpimy w namiocie. To zbyt niebezpieczne. Trudno, jak trzeba będzie, to weźmiemy hotel.

Mamy zaproszenie do São Paulo!

A jednak po raz kolejny udało się. Dosłownie w dzień wyjazdu przyszedł mail: “Moja córka Olivia i ja, chciałybyśmy was poznać. Przyjeżdżajcie do naszego domu!”. Ha, a jednak mamy zaproszenie i to do rodzinki z dzieckiem! Luśka, aż skoczyła z radości. Od córeczki Ewy z chilijskiego Puerto Natales nie poznała żadnej nowej koleżanki.

Padre Sylwan odwiózł nas na dworzec w Foz do Iguaçu, po brazylijskiej stronie wodospadów i ruszyliśmy do São Paulo. Kolejne 1.100 kilometrów autobusem. Jaki będzie ten brazylijski autokar? Ostatnie przejażdżki były straszne a rodoviaria, czyli po tutejszemu dworzec nie zapowiadała wysokiej jakości usług. Był mały i brudny, co budziło obawy o autobus. “Oj mamo, nie martw się, to tylko 17 godzin jazdy a poza tym mamy świetne miejsca” – pocieszał Lizkę mały Wojtek. Faktycznie, pomimo małej ilości miejsc udało nam się kupić 4 pierwsze fotele i już, oczami wyobraźni podziwialiśmy Brazylię przez panoramiczną szybę, nad kierowcą.

“Houston, tu strasznie śmierdzi”

“Hmm, mamo ale to nie jest autobus piętrowy” – Luśka przebiła balon naszego szczęścia. Wojtek, po sprawdzeniu numerów miejsc dobił nas stwierdzeniem: “ale tam śmierdzi!”. Już śmierdzi? Przecież dopiero wyjeżdżamy. Zapytałem kierowcę o ten smród i uspokoił mnie zapewnieniem, że przed północą toaleta będzie odświeżana. “Super” – pomyślałem, tylko odjazd mamy o 16 po południu…

Kupujemy maski do oddychania

Podczas niedzielnego lotu do Johannesburga mamy dwie przesiadki. Jedną noc prześpimy na lotnisku w Addis Ababa w Etiopii i przez 2 godziny będziemy w Togo, w Afryce Zachodniej. Dokładnie tam, gdzie grasuje ebola. Musimy kupić sobie maski na twarz. Szkoda, że nie zrobiłem tego wcześniej, bo moglibyśmy sprawdzić ich działanie w naszym komfortowym autobusie...

Cóż, nie ma co narzekać, tylko trzeba jechać. Po aktywnym zwiedzaniu z Sylwanem, weszliśmy do autobusu i natychmiast zasnęliśmy. Nawet nie czuliśmy smrodu. Śniliśmy o Brazylii, kolejnym państwie w naszej rodzinnej wyprawie dookoła świata z dziećmi. Jaka będzie? Ładna? Ciepła? Droga? Bezpieczna?

Favela Moinho

Na Sao Paulo nie mieliśmy żadnego planu. Chciałem zobaczyć jedynie sławne brazylijskie fawele. Nie tylko zobaczyć, ale wejść do środka. Słyszałem, że w Rio de Janeiro pojawiły się biura podróży, które oferują wycieczki z przewodnikiem po tamtejszych fawelach. Nie chciałem żadnego przewodnika. Zamierzałem sam wejść do faweli.

Nie idź tam

Nie idź tam! To zbyt niebezpieczne. Zresztą i tak nie wpuszczą cię tam handlarze narkotyków albo policjanci” – tak mnie instruowała nasza brazylijska gospodyni - “Tydzień temu, gdy jechałam autobusem obok faweli, widziałam, jak trzech facetów napadło, idącego chodnikiem młodego meżczyznę.” Takie opowieści zwykle wzmagają we mnie chęć postawienia na swoim. Podobnie było z tą podróżą. Setki turystycznych doradców udowadniało mi, jak to pomylony jest pomysł rocznego podróżowania z dziećmi. A jednak jedziemy dalej i przymierzamy się w najbliższą niedzielę do nowego kontynentu.

Żonę z dzieciakami zostawiłem w parku. Bez portfela i paszportu poszedłem z 50 raisami i butelką wody zobaczyć biedę ludzi w bogatym mieście. Pewnie żyją w papierowych szałasach i żebrzą na ulicach… Nic takiego. Fawele brazylijskie różnią się od afrykańskich koczowisk, które służą ludziom na jakiś czas. Tu żyje się bardzo, bardzo długo. Kto wprowadzi się do faweli i zaakceptuje jej wygody i niewygody, żadko stąd odchodzi. W Sao Paulo są mniej i bardziej nowoczesne fawele. Niektóre mają elektryczność i bieżącą wodę. Tylko z przyzwaczajenia chyba nazywają się jeszcze fawelami.

Panowie w garniturach i ludzie w kartonach

Fawela Moinho różni się od pozostałych. Znajduje się na płaskim terenie. Większość nielegalnych osiedli w Ameryce wykorzystuje trudno dostępne pagórki, tworząc obok dużych miast skupiska nielegalnych domów. Najwyższe, położone są na samych szczytach i często spadają wraz z deszczami. Moinho schowana jest w samym centrum 12 milionowego Sao Paulo. Leży zaledwie 10 minut spacerem od głównego dworca Luz. Zbliżając się do niej mijałem banki, biurowce i nowoczesne sklepy. Stanąłem na wielkim skrzyżowaniu i według wskazówek właśnie gdzieś tu miało być wejście. “Tam jest, ale nie idź tam” – wskazał mi drogę jakiś gość w garniturze. “Tam? Przecież tam jest salon samochodowy???” .

Życie z ludzi z najbiedniejszej dzielnicy miasta nie toczy się w oderwaniu od innych mieszkańców. Tu mijają się na ulicy bezdomni i pracownicy wielkich korporacji, którzy idą na lunch. Wejście do faweli znajduje się zaraz obok salonu z nowymi autami. Trzeba przejść przez mały przejazd kolejowy, przez który co minutę przejeżdża miejskie metro. Koniec faweli wyznaczają kolejne tory, ale tam nie ma już przejścia.

Przy szlabanie stoi kilku dryblasów bez koszulek. Rozmawiają i lustrują wszystkich wzrokiem. Na mnie nawet nie popatrzyli. W oberwanej z rękawów koszulce i długiej brodzie wyglądam, jak jeden z nich. Mijam idących ludzi do miasta. Nie ma drogi dla samochodów, bo tu nikt nie ma samochodu.

Wchodzę do środka. Wąskie uliczki pomiędzy gęsto zabudowanymi domami spływają szlamem. Faktycznie nie mają kanalizacji. Gdy o tym myślę, mija mnie człowiek z taczką pełną ludzkich odchodów. Codziennie musi to gdzieś wywozić. Przez chwilę miałem pomysł pójścia za nim, ale nie dałem rady. Przegrałem z smrodem.

Uliczki nie mają chodników. Chodzi się po ubitym błocie. Już wyobrażam sobie, jak wszystko musi tu pływać, gdy pada. Deszcze w Ameryce, to coś zupełnie innego, co w Polsce. Pada krótko, ale tak, że z nieba leci ściana wody. Niektóre domy nie mają okien, ale dach zawsze jest. Jakiś prowizoroczny, z blachy, ale jest jest.

Idę dalej. Mijam ludzi siedzących przed domami. Widzę mini sklepiki z bułkami, kiełbasą, środkami chemicznymi i piwem. Piwo tu pije każdy. Możesz mieć dziury w spodniach i nie mieć pracy, ale na piwo zawsze znajdzie się grosz. Jedno, drugie, piąte i świat wygląda inaczej. Z piwem w ręku jesteś swojak. Ja też wziąłem, żeby wmieszac się w tłum.

Światełko pomocy

Po kilku ulicach trafiam na placyk. Boisko sportowe, jakaś niedokończona rzeźbę smoka i duży pawilon. Największy budynek w slamsach. Czytam napis: “Oratorio Sao Domingos Savio”. Zaraz, zaraz przecież to wychowanek Jana Bosco. Czyli powinienem znaleźć tu Salezjanów.

Pukam. Otwierają mi drzwi dwie dziewczyny: Fernanda i Daniella. “Pracujemy dla Salezjanów, pomagając tutejszym dzieciom” – zapraszają do środka i opowiadają. Dzieciaki rodzin z faweli muszą chodzić do szkoły, ale tylko po to, żeby przynieść rodzicom zasiłek, który przysługuje im za każde uczące się dziecko. Potem wykorzystywane są do pracy przy sprzedaży narkotyków. “Tego nie da się zmienić, ale uświadamiamy dzieciaki, żeby same nie brały”.

Tu rządzi mafia

Dzieci mogą zawsze wejść do pawilonu. Tu znajdą zabawę, coś do picia i jedzenia. Mogą skorzystać z komputera. Ważne, żeby znalazły swoje własne zainteresowania. Praca musi być jednak bardzo delikatna i wyważona. Funadacja jest cały czas pod “kontrolą”szefa faweli. Tu rządzi mafia. Nikt nie może się wprowdzić i wyprowadzić, bez zgody mafii. Nie można robić nic, bez akceptacji mafii.

Życie jest trudne, bo nikt nigdy nie widział szefa. Nikt też go nie che zobaczyć, bo często ci, którzy go widzieli, nie są już na tym świecie, przez nikogo oglądani. Gdy zachowujesz się w pożądku i respektujesz zasady mafii, nic ci nie grozi. Gdy prubujesz coś zrobić na własną rękę masz wizytę w domu, kilku żołnieży. Stać ich na wszystko. Mogą z tobą zrobić, co zechcą. Z tobą i twoimi dziećmi. Tu nie ma policji. Czasami podjeżdżają samochody policyjne, ale tylko do szlabanu. Odbierają “przesyłkę” i szybko znikają.

Administracja miasta też nie pomaga. Slamsy to niewdzięczny temat. Politycy lansują czasami jakieś programy społeczne dla mieszkańców, ale zwykle przeznaczone na nie środki finansowe kończą się szybko po wyborach. Na głównym placyku stoi smok, który miał być wspólnym dziełem mieszkańców, pod kierunkiem fundacji kierowanej przez koleżankę naszej gospodyni. Wbito już nawet paliki pod ławki i stoły do rodzinnego biesiadowania. Prace przerwano, bo nie przedłużono dotacji. Został smutny smok i pusta “casa publica”, która miała być świetlicą.

W Moinho żyje mniej więcej 360 rodzin. Większość z nich jest po rozwodzie i z nowymi partnerami żyje bez legalizacji. Są to duże, wielopokoleniowe rodziny, w których rodzice pracują a małymi dziećmi opiekują się dziadkowie. Dla mieszkających tu ludzi zamknięta enklawa jest bezpieczna. Mafia nie pozwala na rozruby w środku faweli. Brudne sprawy załatwia się na zewnątz. To dlatego niemile widziani są tu dziennikarze, turyści i politycy. Wszystko to, co może nadać rozgłos “spokojnemu” życiu w faweli, jest eleminowane przy szlabanach.

Trudno jest cokolwiek zmienić w fawelach. Około 4 tysięcy mieszkających tu na stałe ludzi ma nielegalny prąd i wodę. Radzą sobie bez kanalizacji i ogrzewania. Żyją w centrum miasta, pomiędzy dwoma liniami kolejowymi, na terenie, którym nikt inny nie byłby zainteresowany. Mają wszędzie blisko. Większość z nich stanowi część narkotykowego łańcucha mafii. Większość z nich nie chce nic zmieniać a ci, którzy może chcieliby, boją się.

Wracam do rodziny. Wracam smutny. Znów mijam w ładnych restauracjach elegandzkie kobiety w garsonkach i ich kolegów w garniturach. Wracam w mojej podartej koszulce i jestem smutny. Odzyskuję humor, gdy podbiega Luśka, rzuca mi się na szyję i krzyczy: “tato, to jednak przeżyłeś, ale fajnie. Mama mówiła, że jutro jedziemy razem do Rio de Janeiro”. Opowiadam im na gorąco przy obiedzie i też smutnieją. Dzieci tylko na chwilę, bo za moment zaczynają nową zabawę. Życie toczy się dalej. My kontynujemy naszą rodzinną podróż dookoła świata. Jutro będziemy w Rio de Janeiro a w niedzielę lecimy do Afryki.

TOP

Jesteśmy w największym mieście Brazylii. 12 milionowe São Paulo jest przepotężne, ale ja idę do faveli Moinho.

Favela Moinho w São Paulo