Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE


Na statku z Punta Arenas

Jesteśmy na statku. Fale kołyszą spokojnie promem. Nawet nie buja mocno, pomimo uprzedzeń, że jesteśmy blisko przylądka Horn. Płyniemy dalej na południe. Dzieci zasnęły. Nie są świadome, co przeżywają. Nawet my z Lizką nie ogarniamy, tego co nas tu dotyka. Otwieramy naszym szkrabom wielkie horyzonty świata. Od tej wyprawy nie będą mieli żadnych granic na Ziemi, których bali by się przekroczyć. Za chwilę dotrą na koniec świata!!!

Koniec świata

“Jaki jest ten koniec świata?” Często zastanawiałem się, gdy byłem małym dzieckiem. Czytałem przygody podróżników o nocach polarnych i zimnych biegunach. Moją najlepszą książką z dzieciństwa był “Zew krwi” Jacka Londona. Przeczytałem ją chyba z 50 razy. Podziwiałem twardych ludzi i jeszcze mocniejszego wilczura, Buicka. Parli do przodu przez śnieg pomimo przeciwności losu, zimna i zmęczenia.

Wyobrażałem sobie też koniec świata, jak byłem już dorosły, gdy 3 lata temu mój szef, kpt. Stanisław Filipiak opłynął Horn i opowiadał później w hotelu o Ushuaia. Zimna, pusta miejscowość z widokiem na Antarktykę. Widokiem umownym, bo to jeszcze ponad tysiąc kilometrów do lodowego kontynentu.

Teraz, gdy od kilku dni przemierzamy patagońskie bezkresy, jestem już trochę mądrzejszy w obrazy o “końcu świata”. Niesamowite przestrzenie, wielkie wiatry, zimny ocean i twardzi, odporni ludzie. Tu nie można być mięczakiem. Patagonia mięczaków eleminuje. I ludzi i zwierzęta i rośliny. Nigdy wcześniej nie widziałem tak wykrzywionych od wiatru drzew…

Był środek Ziemi, będzie jej koniec

Planując tą wyprawę, “koniec świata” musiałem umieścić na planie marszruty. Byliśmy na śroku Ziemi, chodząc po równiku w Ekwadorze. Musieliśmy więc dotrzeć i tu, do Ziemi Ognistej. Gdy dojedżaliśmy autokarem do Punta Arenas, zobaczyłem tablicę z nazwą drogi: “Routa del fin del mundo”. “łooł, to już naprawdę blisko” – pomyślałem. Blisko jest na pewno, bo z Porto Natales, gdzie spędziliśmy 3 ostatnie dni, wyjeżdżały autokary do Ushuaia. 18 godzin jazdy dzieliło mnie wczoraj od mojego wymażonego końca świata.

A może dalej, niż na koniec świata...?

To było wczoraj. Dziś postanowiłem “trochę” podnieść nam poprzeczkę i dotrzeć jeszcze dalej. Z Punta Arenas płyniemy do Puerto Williams. To miasto reklamuje się hasłem “Mas alla del fin del mundo”, czyli “dalej, niż koniec świata”. Jest pierwszym portem, który człowiek spotka, wracając z rejsu z Antarktyki.

Nie wiem, czy nie przesadziłem. Może powinienem pojechać już najkrótszą drogą do Ushuaia… Jesteśmy już my, dorośli zmęczeni a podróżujemy przecież z dwójką małych dzieci. Patrząc na nasze statystyki spędzonych nocy w namiotach, przejechanych kilometrów i przygód musimy być wszyscy zmęczeni. Mamy prawo. Zbliżamy się do końca świata. Żeby tu dotrzeć, pokonaliśmy prawie 40 tysięcy kilometrów. Przejechaliśmy na kołach (lub przepłynęliśmy na statkach) całą Amerykę Środkową i Południową. Jechaliśmy wzdłuż pełnej długości siedmiotysięcznych And, przecinając je kilka lub kilkanaście razy. 89 nocy przespaliśmy u rodzin a ponad 550 godzin spędziliśmy w autokarach.

No to w drogę!

A jednak nie dałem rady. Nie chciałem nic upraszczać. Spacerując po Punta Arenas, patrząc na pomnik Magellana a potem nowiutki monument Kolumba, postanowiłem zapakować rodzinę na statek. Podróż marzeń odbywa się tylko raz w życiu. Przecież to podróż życia. Po powrocie trzeba będzie założyć garnitur i marynarkę. Potem zawiązać krawat i pójść do pracy.

Dziś jednak podróż trwa nadal. Płyniemy i zastanawiamy się, jak wygląda ten koniec świata. Jak wyglądają bary na końcu świata? Gdzie jest najdalej położony sklep spożywczy na świecie? Jak wyglądają ludzie, którzy tam żyją…

TOP

Znów na statku. Płyniemy 33 godziny na .... koniec świata. Dalej, niż na koniec świata!!!

Na statku z Punta Arenas