Z noclegiem w stolicy było tak: siostry z Bujumbura powiedziały, że w Kigali są polscy Pallotyni. Pojechaliśmy więc i zaraz przy dworcu autobusowym znaleźliśmy kawiarenkę internetową, w której wyszukaliśmy namiary. Odebrał przełożony zgromadzenia i odesłał do polskiego księdza. Zdzisław przywitał nas wielkim uśmiechem i ulokował w pokojach gościnnych zgromadzenia. Wieczorem podszedł do nas ksiądz Andrzej i stwierdził, że bardzo się cieszy z naszego przyjazdu, bo nie miał czasu odpowiedzieć siostrze na maila a nie chciał nas zostawić na ulicy. Hmmm, o co tu chodzi? Jakiej siostrze? Sprawa wyjaśniła się następnego dnia. W tym samym czasie, gdy my szukaliśmy Pallotynów, wspierająca nas z Torunia szefowa Programu Absolwentów UMK, odszukała kontakt do, pracującej kiedyś w Rwandzie, siostry Elżbiety. Ta, poprosiła Andrzeja o pomoc i wysłała nam namiary. Ten mail odczytaliśmy jednak, dopiero po zainstalowaniu się w pallotyńskim centrum Gikondo.
Często, na szlaku tej wyprawy, odczuwamy wrażenie jakiejś niesamowitej opieki. Kogoś, kto czuwa nad naszymi przygodami i bezpieczeństwem. Sytuacje podbramkowe rozwiązują się w minutę a te, trudniejsze w dwie. Zawsze znajduje się gdzieś człowiek, który chce nam pomóc, poświęcić swój czas, ugościć. Tak, było, gdy zaproszenie na wigilię do Buenos Aires, otrzymaliśmy 22 grudnia, gdy w 10-milionowej Bogocie, znaleźliśmy nocleg przed godziną 22.00 albo gdy kilka razy w Afryce wysiadaliśmy wieczorem z busa i ktoś nas przygarniał do domu. Jedziemy zatem pod ochroną, ale nie zawsze przecież tak było. Po 10 latach pracy w jednej firmie, prosząc o bezpłatny urlop, nie znalazłem zrozumienia na moje “fanaberie” u zwierzchnika i … musiałem się zwolnić. To koszt realizacji marzenia. Jakże mały (ale cholernie przykry jednocześnie), przy przeżytych dotychczas, przez prawie 300 dni podróży, przygodach.
“Kigali jest piękne. To perełka w Afryce!” - tak nam zachwalano w Burundi stolice Rwandy. Hmmm, w porównaniu do Bujumbury, faktycznie miasto jest nowocześniejsze. To chyba jednak niezbyt duże osiągnięcie, bo od brzydkiej i brudnej Bujumbury większość chyba miast wygląda na nowocześniejsze. W perełce Rwandy niedawno wybudowano kilka nowych biurowców, ale we wnętrzach hula wiatr, bo nikogo nie stać na czynsz. Przy ulicach stoją pomalowane budynki, ale gdy zaglądnie się do drugiego rzędu domów, to niczym się nie różnią od glinianych szałasów Masajów. Prezydent Paul Kagame – mistrz pozorów zmusza obywateli do malowania fasad, sadzenia krzewów i kwiatków przed domami, ale to działania wizerunkowe, zamiast faktycznej troski o rozwój. Idąc drogą Mao Tsetunga narzuca obywatelom, jakie zboża mają sadzić, zabrania wypasu krów na pastwiskach (muszą siedzieć, biedne mućki całe życie w zagrodach) i określa wymagane projekty sklepów handlowych, długość spódnic u kobiet, ilości kąpieli w ciągu dnia i mycia rąk obywateli. W Rwandzie obowiązuje ruch prawostronny, ale zmieniający nazwy miast i ulic prezydent rozważał niedawno przejście na angielskie rozwiązania komunikacyjne. Cóż, może powinien ogłosić rok próby, by ocenić, który sposób jest lepszy. Każdy by wtedy jeździł, jak woli…
Rwanda słynie z goryli. Na północy kraju stoi 5 wulkanów, na których mieszkają goryle rodziny, ale pomysłowy prezydent postanowił oprzeć chyba budżet kraju na biletach wstępu. Za kilkugodzinną wspinaczkę i spotkanie z gorylami trzeba zapłacić 750 USD od osoby. Zrezygnowaliśmy, zaraz po usłyszeniu ceny… Brat Zdzisław zabrał nas za to do Muzeum Naturalnego, gdzie dowiedzieliśmy się, że Kigali jest założone przez Polaka. Kant zasłużył się pierwszym kolonizatorom Rwandy i dostał od Niemców 3 wzgórza, na ktorych założył miasto, będące dziś stolicą państwa.
Odwiedziliśmy też pomnik i muzeum ludobójstwa. Ponad million Tutsi zostało wymordowanych w 100 dni masakry, przez swoich pobratymców z plemienia Hutu. Plakaty, zdjęcia, slajdy, nagrania manifestu Hutu i opisy zabójstw. Wszystko, co najgorsze w człowieku, można tu znależć. Czy zabrać dzieci? To pytanie, już sobie zadawałem w Auszwitz, gdy pierwszoklasistę Wojtka i chodzącą do przedszkola Luśkę zabrałem do obozu. Odpowiedź jest ta sama. Zabrać. Uważam, że należy spokojnie, na tyle na ile może zrozumieć dziecko, opowiedzieć do czego zdolna jest istota ludzka. Co może zrobić człowiek, gdy na pierwszy plan postawi swoje zadowolenie, chciwość, zemstę, pożądanie i własne EGO. Podobnie jak hitlerowski Holocaust albo Katyń, Serbia czy Kambodża, rwandyjskie ludobójstwo jest dnem, które osiągnął człowiek. Czy się nie powtórzy? Nie wiem. Bez pojednania, przebaczenia i uczciwej pamięci o tych wydarzeniach, obawiam się, że powtórzy się jeszcze nie jeden raz…
W Kigali przeżyliśmy ciężką chwilę. Po 6 rano, na porannej mszy, Wojtek nagle zasłabł. W ciągu kilku sekund zrobił się cały biały. Wyprowdziłem go z kaplicy i położyłem na trawie. Do głowy wróciły przestrogi doradców z Polski: narażasz dzieci, nie masz sumienia, jesteś nieodpowiedzialnym ojcem. Zapakowaliśmy małego do samochodu i pognaliśmy z bratem do szpitala. Każdemu kołatała się ta sama myśl: “malaria”. Co zrobić? A jak, to ta niewyleczalna malaria mózgu, która zabrała już wiele istnień… Nie zgadzała się tylko temperatura. Wynik 36,6 uspokajająco wyświetlał się przy każdej kontroli termometru. Wyniki krwi ostatecznie potwierdziły diagnozę: przemęczenie i wysokość Kigali, które leży na 2.000 metrów nad poziomem morza, spowodowały taką reakcję organizmu. Wojtek przespał cały dzień a następnego ranka biegał już, jak zwykle.
“Musicie jechać do Kibeho” – tak nas instruował ksiądz Andrzej, przy każdym spotkaniu – “tam miały miejsce jedyne objawiania w Afryce, które uznał Rzym”. Zastanawiałem się co robić, bo w Polsce kilka razy szedłem w pielgrzymkach do Częstochowy. Kibeho, jednak leży przy granicy z Burundią i nic o nim nie wiedząc, minęliśmy go w drodze z Bujumbury. “Nie, nie jedziemy. Nie będziemy się cofali, bo jest coraz mniej czasu na Azję” – taka była decyzja. Gdy jednak brat Zdzisław zadzwonił do sióstr, pod ugandyjską granicą, które miały być następnym naszym przystankiem, okazało się, że możemy tam pojechać za 4 dni. U Pallotynów zatrzymalismy się na 3 noce, więc została jedna noc do zagospodarowania. “Hmmmm, jedziemy więc do Kibeho” – stwierdziliśmy.