Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 04.01.2015 - 11.01.2015 Brazylia / Copacabana w Rio de Janeiro najlepszą plażą podróży

Magiczne Rio de Janeiro

Rio, Rio, magiczne Rio de Janeiro. Na karnawał za wcześnie, ale i tak tu się czuje na każdym kroku brazylijską fiestę. Tyle barów i sklepów z alkoholem w jednym mieście jeszcze w tej podróży nie widzieliśmy. W centrum nie starcza stolików przed pijalniami, więc ludzie siedzą na wystawianych co wieczór skrzynkach od piwa. Zabawa, zabawa. I co ciekawe, to bawią się głównie Brazylijczycy. Widzieliśmy turystów, ale gdzieś pogubionych pomiędzy 8 milionami mieszkańców Rio.

Największa zabawa w Rio jest jednak podczas karnawału. My nie załapaliśmy się na karnawał, bo zaczyna się za miesiąc. Dla pewności pojechaliśmy sprawdzić, czy nie spotkamy gdzieś tańczących sambę ludzi, ale na pustych trybunach trwały właśnie prace wykończeniowe. Mimo to Rio zostało jednogłośnie wybrane, jako najlepsze miasto naszej podróży. To taka mieszanka Varadero, Valparaiso, Havany i Panamy. Wszystko, co miały te miasta można znależć w Rio. I to nie w pigułce, bo Rio jest ogromne i można w nim spotkać wszystkiego po trochu. Nowoczesne drapacze chmur, stare budynki, plaże i tak dalej i tak dalej.

My też tu się wyluzowaliśmy. A co! Nie można chodzić po Rio i nie tańczyć, uśmiechać się i cieszyć z życia. Tu nawet Chrystus stoi jakiś uradowany, z rozłożonymi rękoma, jakby chciał nas wszystkić uściskać i prosić do tańca. Figura Cristo Redentor jest naszym 3-cim cudem świata tej wyprawy. Po meksykańskim Chichen Itza i Machu Picchu w Peru stanęliśmy przy kolejnym cudzie świata. Stojąca na wzgórzu Corcovado, 38 metrowej wysokości figura Chrustusa jest widoczna z każdgo miejsca miasta. To symbol nie tylko Rio czy Brazylii, ale całej Ameryki Południowej. Brazylijczycy mówią jednak, że Chrystus jest trochę szwedzki, ponieważ w trakcie budowy sprowadzono specjalnie ze Szwecji jakiś super beton, który zapewnił bezpieczeństwo tak wysokiego pomnika. My dogryzaliśmy im mówiąc, że jest jakiś taki malutki, bo w Chochabamba, w Boliwii widzieliśmy o 2 metry wyższego. O naszym w Świebodzinie nie musieliśmy wspominać. Wszyscy go tu znają i wiedzą, że w tej statystyce zajmuje 3 miejsce.

Raptus z wielkim sercem

Tato, ksiądz przyjechał i strasznie na nas nakrzyczał”- przywitała mnie przerażona Luśka a zdenerwowana Lizka dodała “Ja tu nie zostaję!”. W Rio pomógł nam z noclegiem ksiądz Jan Guc, rektor Polskiej Misji Katolickiej w Brazylii i proboszcz polskiej parafii, przy Avenida Abrantes. Przyjechał do Polonii, na misje w 1948 roku i tak już tu został. Ksiądz Jan to bardzo silna osobowość i pomimo 78 lat jest nadal super aktywny.

“Oj nie wiem, czy dam radę wam kochani pomóc. Nie mamy tu żadnego wolnego miejsca, ale coś spróbuję zorganizować. Zadzwońcie jutro z dworca autobusowego”. My nie zadzwoniliśmy, bo jakoś tak wyszło. Jakoś to tak wyszło. Oszołomieni zgiełkiem Rio, gorącem i przelatującymi na autobusach nazwami: Copacabana, Praia Flamengo, Christo Redentor, Cuidat de samba wsiedliśmy do atutobusu i przyjechaliśmy pod samą parafię. Za moment pojawił się ksiądz Jan, ale podjechał dokładnie, gdy poszedłem kupić wodę. Podjechał i … nakrzyczał na Lizkę i dzieci.

Podjechał akurat w tym momecie, gdy ja odszedłem. Akurat tak wyszło. Stanisław, jeden z moich szefów też zawsze mówi “akurat, akurat, pan zawsze mówi akurat”. No ale co ja mam zrobić, jak właśnie akurat w tym momencie, gdy wchodzi, zdarza się coś zupełnie wyjątkowego i niezaplanowanego. Ksiądz Jan też podjechał akurat w takim właśnie momencie.

Rua Tadeu Kosciusco, Polish heroi

Tak szybko, jak się zezłościł, okazał się świetnym pogodnym staruszkiem z wielkim sercem, skupiającym wokół siebie dużą grupę lokalnej Polonii. Pojechaliśmy z nim do apartamentu, zaraz przy ulicy “Rua Tadeu Kosciuszco”, w samym cetrum Rio de Janeiro. Mieszkaliśmy sami i w dodatku w super wyposażonym mieszkanku. Codziennie gotowaliśmy sobie i co chwila piliśmy przepyszne szejki owocowe.

Copa, Copacabana

Pierwszego dnia mieliśmy jeden cel: najsławniejsza plaża świata. W trakcie tej wyprawy widzieliśmy już super plaże na karaibach. Na kilku nawet spaliśmy. Czasami rozkładaliśmy namioty dosłownie kilka metrów od morza, jak na przykład w Varadero na Kubie, czy Caye Caulker w Belize. Brazylijska Copacabana jednak nas wszystkich kręciła niesamowicie. “Jaka jest ta słynna Copacabana…?” – myśleliśmy.

48 stopni

Jest nierealna!!! Przywitała nas 48 stopniami gorąca. Piasek tak grzał stopy, że sklepikarze rozkładali, w kierunku swoich stoisk, sznury z kapiącą wodą a ludzie pięknie do nich szli. Nikt nie chciał chodzić po piasku, bo graniczyło to z oparzeniem 112 stopnia. Woda świetna. Nie za ciepła, jak na Kubie, gdzie człowiek czuł, jakby kąpał się w zupie. Ta była przyjemnie orzeźwiająca i nie za zimna. Fale? Fale na Copacabana sięgały dwóch metrów a po południu były jeszcze większe. Serfowaliśmy na ich bez desek, bo rzucały nami, jak piórkami. Wojtek siedział 4 godziny w wodzie wyciagając, co chwila kogoś z nas do kąpieli.

Caipirinha

Nie można kąpać się na Copacabana i nie wypić kultowego drinka. Caipirinha jest tu w każdym barze. Nawet na plaży człowiek dostaje, co chwila propozycje caipirinhii. Nie skorzystaliśmy, bo przy wodzie kosztowała 15 raisów. Przeszliśmy przez jezdnię i w pierwszym napotkanym barze zamówiliśmy odlotowe drinki za 8 raisów. Przepis jest niesamowicie prosty, ale podam go w zakładce “Gastronomiczne ciekawostki świata” ☺

Pele, Maradona i Maracanã

Wracając metrem z Copacabany wysiedliśmy na stacji Maracanã. To sławny klub sportowy i mieszczący prawie 80 tysięcy ludzi, stadion piłkarski, na którym grywał Pele. Tu nie zadałem nawet pytania, kto jest największym piłkarzem wszechczasów, Maradona czy Pele. Nie chciałem zarobić w bęcki. W Brazylii nie dyskutuje się kto. Odpowiedź zawsze jest taka sama: Pele a najlepszym zespołem jest oczywiście Brazylia. Ostatnio też nie dyskutuje się o ostatnim meczu Brazylia-Niemcy, ale to już osobny rozdział tutejszego futbolu.

Rodzinne kolędowanie

A jednak i w te święta pośpiewaliśmy z dziećmi polskie kolędy. Ksiądz Jan zaprosił nas do parafii na wspólne śpiewanie kolęd z Polonią. Przyjechaliśmy rozbawieni z Copacabany. Odświętnie udekorowany i oświetlony kościół od razu wprowadził wszystkich w świąteczną atmosferę. Fajnym doznaniem było to, że śpiewaliśmy po polsku i portugalsku te same kolędy. Nawet Luśce udzielił się tak bardzo uroczysty nastrój, że postanowiła zaśpiewać dla wszystkich “Przybieżeli do Betlejem”.

Jan opowiadał ciekawostki z swojego życia a potem zaprosił wszystkich na polski poczęstunek. W trakcie opowiadań wyszedł z niego raptusowy charakter. Tak bardzo zapalał się w opowiadanach, że walił ręką w ławkę kościoła. Krzyczał na cały głos, raz na brazylijskich polityków, że pozwolili ludziom kupować broń, raz na swoich parafian, że nie śpiewają na mszach a raz na pędzący, niewiadomo gdzie, świat. Przez chwilę obawialiśmy się, że i nam znów się dostanie, ale nie nic takiego. Nasz raptus oszczędził tym razem podróżniczą rodzinę Łopacińskich, wyładowując co raz swoje wzburzenia na poręczy ławki.

Pani Maria z Brazylii

Jak byśmy prowadzili statystykę imion, które najwięcej nam pomagały, to imię “Maria” przebiłoby wszystkie inne. Zaczęło się od Marii Kralewskiej z Limy, która wraz z mężem Anibalem przygarnęła nas, jak własną rodziną. Przez cały pobyt w Peru byliśmy pod ich super opieką, nie martwiąc się prawie o nic. Do dziś jesteśmy z nią w stałym kontakcie.

Potem Maria z Buenos Aires, która zaprosiła nas do siebie na święta Bożego Narodzenia. Dzięki niej mieliśmy w Argentynie fajną rodzinną atmosferę 24 grudnia i super kontakt na wodospady Iguazu.

W Rio poznaliśmy trzecią Marię, która była właścicielką naszego apartamentu. Ksiądz Jan właśnie do niej zwrócił się o pomoc w ogaranięciu naszych karnawałowych noclegów. Maria ma 80 lat i zaprosiła nas na kawę do siebie. Mieszka obok polskiego kościoła, przy plaży Botaforo z nierealnym widokiem na zatokę pełną jachtów.

Jesteśmy umówieni, że następnym razem mamy zatrzymać się u niej. Cóż, będzie trzeba kiedyś wrócić do Rio de Janeiro. Teraz ruszamy do Afryki.

TOP

Pomnik Chrystusa, kolejny cud świata w naszej wyprawie, słynna plaża Copacabana i caipirynha - cóż jeszcze pisać o Rio...

Copacabana w Rio de Janeiro najlepszą plażą wyprawy