Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 19.01.2015 - 23.01.2015 Mozambik / Maputo – z wizytą u króla

Maputo – z wizytą u króla

“Proszęnatychmiast dać mi aparat fotograficzny.” “Nie. Przed chwilą szło za mną dwóch gości, którzy próbowali mi go wyrwać z ręki, więc nic tu nie wyciągam z kieszeni” “To ja pana aresztuję! Idziemy na posterunek.”

Tak zacząłem pobyt w Mozambiku. Sądziłem, że będzie bardzo “przyjaźnie”, bo socjalistyczny kiedyś Mozambik, ma gwiazdę i kałasznikowa w godle państwowym i pewnie wiele wspólnego z nami. Przez lata był radziecką satelitą tu w Afryce a teraz stał się krajem demokratycznym. Podobno.

Zakaz fotografowania … cmentarzy

Podobno, bo nadal panują tu idiotyczne przepisy. Nie można na przykład fotografować bez pozwolenia żadnych ważnych obiektów. Tymi ważnymi obiektami są budynki pocztowe, szkoły, place z pomnikami a nawet … cmentarze. I tu właśnie spotkałem trzyosobowy patrol milicji, który zabrał mnie na cmentarny posterunek. Cmentarz jest tak zaniedbany, że faktycznie wstyd wprowadzać tu turystów. Trumny leżą w sarkofagach często bez żadnego zabezpieczenia a w dodatku niektóre nie są zbyt dobrze zamknięte, po spenetrowaniu przez złodziei… Ale żeby zaraz karać mandatami. Gdy usłyszałem, na ile zamierzająmi go wypisać, zapomniałem nagle mój angielski i hiszpański i komunikacja się skąmplikowała. Przynieśli jakieś stare poplamione kartki, które okazały się taryfikatorem. Milicjant szefwyczytał tam, że kara za straszne moje przewinienie jest wyceniana na 5.000 meticaisów. Gość, który to mówił miesięcznie zarabia koło 2-2,5 tysiąca, więc był bardzo przejęty i oficjalny.

“Płaci pan?” “Nie ma mowy” “Musi pan zapłacić” “Nie rozumiem”

W Mozambiku rozmawia się po portugalsku i z moim półrocznym hiszpańskim trochę rozumiałem polecenia milicjanta, ale nie dawałem po sobie nic poznać. “Rozmawialiśmy” więc tak sobie z 15 minut i zacząłem się obawiać o Lizkę i dzieci. Nie chciałem, żeby poszli sami na cmentarz i mnie tam szukali. Powiedziałem, więc mojemu “oprawcy”, że chciałbym spotkać się z rodziną w samochodzie i z kolegą Mozambijczykiem.

Afrykańska słowność

Kolega Mozambijczyk był kierowcą redaktora naczelnego lokalnej gazety, który dostał od szefa zadanie obwiezienia nas po mieście. Dostaliśmy się tam zupełnym przypadkiem. Po wyjściu z autobusu zadzwoniliśmy do Henrego, z którym byliśmy w kontakcie od tygodnia. Henry Kayenda wysłał nam zaproszenie, na podstawie którego wyrobiliśmy sobie wizę. Nikomu w ambasadzie nie przeszkodziło, że napisane w dziwnym formacie zaproszenie nie otworzyło się i musiałem je trochę “podreperować”. W moim “poprawnym” zaproszeniu, poprawne było tylko imię i nazwisko Henrego a reszta znaleziona w google maps…To wtedy właśnie zobaczyłem ulice Lenina, Mao Tse Tunga i Karola Marksa w Maputo. Adres Henrego wpisałem na Lenin Avenue 148. Aż szkoda, że nie był prawdziwy.

Pomimo, tak fajnego adresu, Henry postanowił nie odebrać telefonu a w skrzynce odbiorczej czekał na nas mail:”przyjechał do mnie mój brat, więc nie mogę was dziś przyjąć, pozdrawiam”. Hmmm przeczytałem i … zdębiałem. Zastanawiałem się, jak to powiem Lizce, która po wysłuchaniu dziesiątek, zaserwowanych nam przez naszych nowych przyjaciół z Pretorii, opowiadań boi się sama przejść w Afryce przez jezdnię. Szczerze mówiąc sam mam pietra, gdy każdy spotkany Polak, mówi nam “Uważajcie, bo niedawno….” . Każdemu z nich coś się niedawno przydarzyło. Został napadnięty, okradziony, stracił samochód lub spenetrowano mu mieszkanie. Tymczasem tu w Mozambiku pierwszego dnia większość spotkanych ludzi była do nas bardzo sympatycznie nastawiona. Uśmiechając się pozwalali robić zdjęcia i serdecznie machali do aparatu.

O Henrym mogliśmy jednak zapomnieć a o rostawieniu namiotu nie było mowy. Postanowiłem więc jak najszybciej pojść do kościoła katolickiego i poprosić o nocleg.Po drodze minęliśmy budynek lokalnego stowarzyszenia dziennikarzy. “Liza, spróbujemy tu?”.Odpowiedź była krótka “Ok, ale 5 minut i idziemy dalej”. Gość wysłuchał naszą historię, oglądnął stronę internetową i ucieszył się z informacji, że współpracujemy między innymi z naszą toruńską lokalną gazetą “Nowości”.

Tygodnik “Semanario Publico”

10 minut później siedzieliśmy już w starym jeepie Toyota i jechaliśmy do Ruia de Carvalho, redaktora naczelnego “Semanario Publico”. Spotkanie z głównym bosem nie trwało dłużej niż 10 minut. Ustaliliśmy, co chciałbym zobaczyć w mieście i ile tu zostaniemy. Potem naczelny zapoznał nas z zespołem redakcyjnym, zaprosił do swojego domu i wysłał z kierowcą na objazd po Maputo.Ten kierowca właśnie połączył, znającego wszystkich w mieście, szefa z krwiożerczym, albo raczej “łapówkochcącym” milicjantem i po chwili padły ustalenia: muszę skasować zdjęcia i jestem wolny. Jak to dobrze, że po drodze wyjąłem z cichacza kartę z materiałem i teraz mogłem pokazać piękny napis “brak karty”, co przetłumaczyłem oczywiście, jako “zdjęcia zlikwidowane”. Gdy policjant pozwolił wyjść z jego gabinetu, otworzyłem drzwi z takim rozmachem, że wypadły z futryny. Upssst znów będzie problem. Nic takiego. Policjant podszedł i wprawnym ruchem wstawił futrynę na miejsce zwalniając mi przejście. Rozstaliśmy się szybko i kontynuowaliśmy zwiedzanie Maputu.

To średnia dzielnica miasta….!

Mauro zawiozł nas na swoją dzielnicę. Ulice nie miały asfaltu a prowizoryczne domy zbudowane były z mieszanki cementu i gliny. Przykryte falowaną blachą malutkie domki bardzo nagrzewają się w dzień i ludzie używają ich tylko do spania. Całe dnie siedzą na ulicach. Widzieliśmy dzieci grające w piłkę na środku skrzyżowania. Dookoła obserwowaliśmywszechogarniającą biedę. Widzieliśmy zakłady szewskie, krawieckie, stolarskie, hydrauliczne i gastronomiczne bezpośrednio na ulicy. Zjedliśmy świeżo smażone małe rybki za 10 groszy sztuka i kupiliśmy wielkie mango, za 2,5 zł. W planach mieliśmy wizytę w najbiedniejszej dzielnicy Maputo, więc zapytałem Mauro, czy to właśnie tu. “Ależ skąd. Ja mieszkam w średnio zamożnej części miasta. Tą najbiedniejszą zobaczymy jutro.” Mauro uśmiechnął się serdecznie a ja poczułem się nieswojo. Upsssst, dałem ciała, ale te ulice wyglądały bardzo biednie Weszliśmy do mieszkania Mauro, poznaliśmy jego siostry i braci. Wszyscy oglądali bajkę w rodzinnym barze. Teraz są tu wakacje i dzieciaki spędzają czas na zabawach i telewizji.

Na koniec pojechaliśmy odpocząć do domu naszego naczelnego. Dom okazał się stać 40 kilometrów za miastem. Jechaliśmy przez afrykańskie wioski, oglądając przepiękne afrykańskie krajobrazy. Gdy patrzyłem na nie, brakowało mi tylko lwa i żyrafy specerujących w oddali, gdzieś pod drzewami.Po doradztwie Mauro kupiliśmy po drodze, jakieś lokalne warzywa, które później ugotował nam opiekujący się domem pracownik naczelnego. Zjedliśmy podobną do szpinaku potrawkę z ryżem i położyliśmy się na karimatach spać. Byliśmy totalnie zmęczeni bogatym we wrażenia dniem.

Królewskie powitanie

Nie dane nam jednak było tak szybko zasnąć. Do drzwi zapukał nasz gospodarz i powiedział, że musimy coś jeszcze zrobić. ”Tu jest taka tradycja, że powinniście zaprezentować się królowi.” – zakomunikował. Trzeba było wstać i podejść do zagrody króla. To lider lokalnej społeczności, który według tradycji musi zostać poinformowany o wszystkim, co się dzieje w okolicy. Przerwał pracę na polu i przywitał nas serdecznie. Cichym mruknięciem, wydał zgodę na pobyt u Ruia. Umówiliśmy się następnego dnia na wspólne zdjęcie z całą królewską rodziną. Czekali nas wszyscy odświętnie ubrani a król w mundurze wyglądał niezwykle dostojnie. Rozbawił nas dziadek, który paradował w zimowym, wełnianym płaszczu przy 30 stopniach gorąca. W tak uroczystą chwilę postanowił być elegandzki i bez względu na temperaturę postawił na swoim. Czy to źle? Sądzę, że to jest bardzo sympatyczne. To afrykańskie przywiązanie do tradycji ma też swoje plusy. Czy my w tym naszym globalnym świecie nie zatracamy się? Czy wraz z zacieraniem się granic geograficznych pomiędzy państwami nie tracimy naszej tradycji, historii, odrębności... Wszystko ma być globalne, międzynarodowe a najlepiej międzykontynentalne. Ja jednak wolę, żeby moje dzieci były Polakami. Gdy słyszę o szwedzkich osiągnięciach edukacyjnych, patrzę gdzie prowadzi francuska gościnność i gdy spaceruję po berliśnkiej dzielnicy Zoologischer Garten wolę, żeby Luśka z Wojtkiem były wychowane na polskich zasadach. Ten spacer do afrykańskiego króla, który przywitał nas z motyką w ręku był dla mnie bardzo ciekawym i głębokim doświadczeniem.

To już drugi, spotkany przez nas król, w tej wyprawie. Zaraz po rozmowie wróciliśmy do domu. Teraz już naprawdę mogliśmy położyć się spać. Zasnęliśmy w 5 minut, uśpieni muzyką cykad.

TOP

Kolejne miejsce w Afryce. Tym razem przyjechalismy do stolicy Mozambiku, Maputo.

Maputo – z wizytą u króla