3 dniowa wycieczka do Uyuni kupiona w Cochabamba kosztowała 1.690 bolivianos od osoby. Zdecydowaliśmy się więc dojechać sami do Uyuni i poszukać sobie na miejscu tańszej alternatywy. Dojechaliśmy. I to jeszcze jak!!!
Ciężko było rozstać się z przyjaznym centrum salezjańskim w Cochabamba. Takiego spokoju i wypoczynku już dawno w naszej podróży nie zaznaliśmy. Trzeba było było jednak ruszać dalej. Ksiądz Andrzej, przesuwając zaplanowane spotkanie z lekarzem, podwiózł nas na dworzec autobusowy w Cochabamba. Po 4 godzinach jazdy autubusem dotarliśmy do Oruro- stolicy boliwijskiego karnawału. Na tańce nie mieliśmy jednak czasu, bo pierwszy raz w tej wyprawie mieliśmy zaraz wsiąść do pociągu!!!
Tak, tak, po 162 dniach przemieszczania się autobusami wreszcie mogliśmy przejechać kawałek drogi pociągiem. Nie pytajcie w którym roku został wyprodukowany. Nie pytajcie, jaki był komfort. Ważne, że to był pociąg. Wreszcie, w trakcie 7 godzinnej podróży można było wyprostować nogi, pójść do restauracji a inne, takie tam sprawy załatwić w czystej (nawet!!!) toalecie.
Podróż szynami w Boliwi to ciekawe doświadczenie. Dwóch policjantów kontroluje wejście na peron i na 5 minut przed odjazdem zamyka wejście. “A co tam. Nie będzie się nikt niepotrzebny tu kręcił po peronie. A jak ktoś się spóźnia, to sam sobie szkodzi”.
Na 15 minut przed wyznaczoną godziną pan kolejarz ciągnie za sznurek i drynda wielkim tradycyjnym dzwonkiem. Do odjazdu usłyszymy jeszcze ten dzwonek 2 razy, dokładnie, jak w teatrze.
Wchodząc do pociągu poczułem się trochę, jak bym grał w moim zespole teatralnym “EFATA” z Torunia. Wydawało mi się, że to jakaś sztuka historyczna albo komedia…
Pociąg tak telepał, że nie sposób było nalać sobie nic do szklanki. Nie rozumiem, jak to robili kelnerzy. Przejścia między wagonami przypominały cyrkowe wyczyny na linie a okna otwierały się na korbkę. Cały nasz wagon nie miał przedziałów i wszystkie siedzenia były ustawione w jednym kierunku. Niestety, odwrotnym do jazdy. Ostatnie fotele były wygięte do tyłu (na które ja trafiłem ☹) i miały oparcia, których nie można było ustawić w pionie. Pan kolejarz powiedział mi, że tak to już jest bo, montują fotele z uszkodzonymi oparciami, kładąc je na końcową ścianę wagonu.
Ale co tam. Ważne, że jechaliśmy pociągiem. Nawet, jakby to był wagon cyrkowy mogliśmy rozprostować w nim nogi. Jak byśmy jechali bokiem z fotelami przykręconymi do sufitu, to i tak byliśmy szczęśliwi, że wreszcie, po setkach niewygodnych autobusów wsiedliśmy do pociągu. Z resztą i tak większość czasu przesiedzieliśmy z Lizką w wagonie restauracyjnym...
O godzinie 22.40 dotatliśmy do Uyuni i znaleźliśmy wycieczkę za 625 bolivianos od osob. To było o 100% taniej. Taka mała różnica... Po raz kolejny okazało się, że lepiej samemu dojechać do celu i potem negocjować u bezpośredniego tour operatora. Swoją drogą, szkoda, że tu nie ma Marii Kralewskiej z jej super biurem, które przez całe Peru wspierało nas w takich właśnie “oszczędnościowych” poczynaniach.
Przespaliśmy się w hotelu. Tak, dziś po 162 dniach musieliśmy się złamać i kupić hostel. Przyjechaliśmy przed jedenastą do Uyuni i po odebraniu plecaków zrobiła się północ. Uyuni lerzy na wysokości 3.600 metrów i w nocy temperatura spada do zera stopni a my wyskoczyliśmy z pociągu w sandałach i krótkich koszulkach. Trzęśliśmy się, jak galarety i nie było mowy o szukaniu miejca na namiot w mieście, które miało 6 ulic w prawo i 9 w lewo a wyglądem przypominało bardziej opuszczone westernowe miasteczko, niż największą atrakcję turystyczną Boliwii.
Weszliśmy do pierwszego z brzegu hostelu i wzięliśmy 2 pokoje za 20 złotych od osoby. Na recepcji mieszkały dwie papugi i patrząc na dwie wielkie “góry kup” mieszkały tu dość długo. Łazienka na korytarzu nas mniej zdziwiła, niż czysta pościel w łóżkach. Widok z okna przypominał jakąś budowlaną masakrę, ale o tym mieliśmy dowiedzieć się rano, bo 10 minut po zameldowaniu już spaliśmy.
Rano wsiedliśmy do wielkiego jeepa i ruszyliśmy na wycieczkę. Przed wyjazdem z Uyuni dołączyło do nas małżeństwo Cinthi, Boliwijki i Hiszpana, Juana. Zaśmiewaliśmy się z nimi przez całą wyprawę do rospuku, zupełnie nie czując 20 letniej różnicy w wieku.
Zaczęliśmy od cmentarzyska pociągów. Pamiętam, jak oglądałem w Polsce zdjęcia wyrzuconych na pustyni wraków. Sceny, jak z filmu “Madmax”. Stare, IX wieczne lokomotywy na węgiel i parę znalazły tu swój “wieczny” odpoczynek.
W tej wyprawie odwiedzam z dziećmi miejsca, które wcześniej oglądałem w różnych blogach podróżników. Cmentarzysko pociągów należało zawsze do takich właśnie moich “turystycznych smaczków”. Oglądałem zdjęcia innych i zazdrościłem autorom, zastanawiając się, dlaczego to nie ja tam stoję. Minęło kilka lat i …. przyjechałem do takiego właśnie miejsca.
Potem, pojechaliśmy zobaczyć główny punkt programu naszej wycieczki: Salar de Uyuni. 120 kilometrów szerokie i 90 długie morze, ale bez wody. Na powierzchni ponad 10 tysięcy kilometrów kwadratowych parująca woda odsłoniła wielkie pokłady soli. Istna solna pustynia. Nic, tylko wokół sól. Jechaliśmy jeepem przez godzinę i nie widzieliśmy nic, poza solą. Totalny brak życia. Ani jednej rośliny, pagórka, ani choć minimalnej zmiany terenu. Tylko płasko, biało, słono i … dla dzieci bardzo nudno. Po 15 minutach jazdy spały już słodko…
Zalegająca od 20 do 120 cm sól stanowi dla miejscowej ludności jedyne źródło utrzymania. Odwiedziliśmy kilka małych osad miejscowych. Domy były zbudowane z solnych cegieł. Całe konstrukcje stały na solnych fundamentach i ścianach. Tylko dachy były z drewnianych belek pokrytych blachą lub słomą. Ludzie żyją tu z turystyki i pozyskowania soli. Cieżka praca. Widziałem trójkę osób, które ręcznie ładowały łopatami sól na wielki, ciężarowy samochód…
Odwiedziliśmy też najstarszy na świecie hotel solny. Wszystko tu było z soli: podłoga, ściany, stoły, krzesła i łóżka. W takim samym hotelu mieliśmy zaplanowany nocleg. To tutaj ma miejsce start najtrudniejszego na świecie rajdu: Boliwia Dakar 2014.
Potem, po kolejnej godzinie jazdy przez solną pustynię, dotarliśmy do kaktusowej wyspy. Jeszcze tak wielkich kakusów nie widziałem. Mając świadomość, że rosną 2 cm rocznie podziwiałem ponad 4 metrowe (i często grubsze w obwodzie od człowieka) kolosy.
Obiad zjedliśmy, siedząc na solnych krzesłach i jedząc na stole z soli pod kaktusowymi olbrzymami a na noc dotarliśmy do naszego solnego królestwa. Spaliśmy w hotelu, gdzie wszystko było z soli. Ściany, pokoje, łóżka i restauracja były w 100% z soli. Sen jednak był słodki, bo wyczerpani bogatym w atrakcje dniu zasnęliśmy w 5 minut.
Następnego dnia zaczęliśmy z samego rana objazd po lagunach. Laguna nr 1, potem laguna nr 2 i na końcu Laguna Colorada z czerwoną wodą i najbardziej różowymi flamingami, jakie istnieją na świecie. Aż dziw pomyśleć, że rodzą się całkiem białe i tylko dzięki różowemu planktonowi, który jedzą zmieniają swój kolor.
Znów przez cały dzień jeździlismy po pustyniach, wyspach i lagunach. Przejechaliśmy pustynię Salvadora Dali i kolejny kanion, żeby na koniec zasnąć w pokoju z 6 łóżkami razem z naszymi towaszyszami wyprawy, którzy dopłacili za prywatny pokój i osobistą łazienkę... Hmmm “Bolivia style”.
Nie mogę spać na wysokościach. Każdy nocleg powyżej 4 tysiąców metrów n.p.m. to jakaś masakra dla mojego organizmu. Nie mogę zasnąć. Kręcę się w łóżku przez kilka godzin, ziewam, ale zasnąć nie daję rady. Tu również miałem to samo, więc o ustalonej pobódce na 4.30 wstałem z łóżka “połamany”. Dzieci natomiast były wyspane idealnie. Poszły spać o godzinie 19.00 i rano tryskały energią. W hotelu nie ma prądu i właściciele włączają generator tylko na godzinę, żeby turyści mogli podładować baterie w aparatach i zjeść kolacje przy żarówce. Cóż więc było robić. O godzinie 20.00 wszyscy byli już w łóżkach.
Po 5 rano siedzieliśmy już w naszym jeepie i jechaliśmy do gejzerów. Luśka miała tak serdecznie dość gór, jezior i pustyń, że nawet niue wyściubiła nosa z auta w kierunku gejzerów. Poszliśmy więc tylkoz Wojtkiem zobaczyć tryskającą z ziemi parę. Potem mieliśmy zaplanowaną kąpiel w gorących źródłach “Aquas calientes”. Ciekawe przeżycie: na zewnątrz temperatura waha się koło 5 stopni Cecjusza, ludzie w chodzą w czapkach, ciepłych kurtkach i rękawiczkach a ty siedziesz sobie w gorącej wodzie i buchasz parą.
Po 3 dniach intensywanego zwiedzania nasz kierowca krzyknął “Frontera!” – “granica. W oczach dzieci zobaczyłem ulgę. “Wreszcie koniec!”. Fajnie jest oglądać pustynię, ale jazda jeepem po niej przez 3 dni zmęczy każdego, nawet takich twardzieli jak, nasze dzieci.
Totalny brak zieleni, wszechogarniający piach, kamienie i kurz. Deszcz pada w tych okolicach kilka razy na rok. Na pytanie Wojtka kiedy tu ostatni raz padał deszcz, nasz kierowca musiał się głęboko zamyślić... “W styczniu” – padła wreszcie odpowiedź. “Choroba, przecież jest koniec listopada” - pomyślałem.
Dojechaliśmy wreszcie do granicy. Budka na środku pustyni z boliwijską flagą w niczym nie przypominała nam przejścia granicznego, zwłaszcza, że podobno Chile miało być super “europejskie”. Daliśmy nasze paszporty do opieczętowania i ostatni raz popatrzyliśmy na boliwijską pustynię.
Gdy żegnaliśmy się z Cinthi i Juanem obiecaliśmy sobie nawzajem, że odwiedzimy się jeszcze kiedyś w Toruniu lub Mayami. Ruszyliśmy do Chile, rozpocząć nową przygodę naszej rodzinnej wyprawy dookoła świata.