Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 21.11.2014 - 10.12.2014 Chile / Miłość w Valparaiso

Zakochałem się!!! Jeśli można takim uczuciem obdarzyć miasto, to ja się zakochałem w Vilparaiso.

Tak, to zdecydowanie najpiękniejsze miasto, jakie w tej podróży odwiedziłem. Każde miało coś w sobie. Bogota, El Salvador i San Pedro de Sula w Hondurasie były z pewnością niepowtarzalne. Zawieszone pomiędzy wzgórzami La Paz, nowoczesna Panama City czy smutna Havana z wiekowymi cabrioletami na zawsze zostaną mi w pamięci, ale Vilaparaiso, to miłość od pierwszego wejrzenia.

Jest pełne rysunków na murach, knajpek i wąskich uliczek. Domy stoją na wzgórzach i sprawiają wrażanie, jakby były zbudowane jeden na drugim. Żeby gdzieś pójść trzeba wjechać kilka ulic windą sprzed 100 lat lub powoli wspinać się po schodach. Sadzę, że Vilaparaiso może być spokojnie nazwane światową stolicą schodów. Jeszcze nie widziałem miasta z tak dużą ilością schodków.

Spacerując po wąskich klimatycznych uliczkach czuje się historię tego miejsca. Tu czas jakby się zatrzymał. Po ulicach jeżdżą trolejbusy z 1947 roku i za dolara można w nich przejechać pół miasta. Stare, prawie pionowe windy uliczne wznoszą mieszkańców od dziesiątków lat. Z 30 funkcjonuje ich już tylko z osiem, ale nadal wielu ludziom ułatwiają życie. Ciężko zrozumieć, jaka wielka jest to pomoc, gdy nie widzi się tych wysokości. Tu, co drugi dom jest postawiony na palach i praktycznie na dachu poprzedniego. Mieszkańcy wykorzystują każdy milimetr powierzchni, co daje miastu niepowatarzalny klimat.

Każdy dom jest pomalowany w innym kolorze lub ma inne rysunki na ścianach. Spacerując po ulicach Valparaiso człowiek ma wrażenie, jak by był w galerii. My poczuliśmy się też, jak na koncercie organowym, bo trafiliśmy na niedzielne spotkania z organami. Przypomniały mi się piątkowe koncerty muzyki organowej w Kamieniu Pomorskim, na które zabierała mnie w dzieciństwie mama. Drugie, po Oliwskich co do wielkości w Polsce organy do dziś grają mi w uszach i kiedy mam tylko okazję, szukam tych dziecięcych doświadczeń. Moje dzieciaki mocno oponowały, ale też przeżyły koncert na instrumecie z 1837 roku.

Miasto zachowało naturalność. Nie jest sztuczne i turystyczne, jak San Pedro de Atacama. Ludzie mieszkają w tych pięknych kolorowych domach i to czyni z Vilaparaiso mój “numer 1”. Spacerując nad morzem spotykamy inne klimaty. Z jednej strony statki i portowy biznes. Z drugiej strony, bezpośrednio przy promenadzie pływają sobie lwy morskie. Jakby nigdy nic płynie koło ciebie 400 kilogramowa bestia, która może przekroczyć 10 metrów długości.

TOP

Zakochałem się w Valparaiso, ale nie w kimś, tylko w mieście...

Miłość w Valparaiso