Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 22.12.2014 - 29.12.2014 Argentyna po raz drugi / Ushuaia - w namiocie na końcu świata

Ushuaia

Wreszcie udało się. Po 2 dniach oczekiwania na chilijskiej wyspie Navarino pogoda uspokoiła się i udało się przepłynąć cieśnicę Beagle. Przez Amerykę statki przepływają Kanałem Panamski albo cieśniną Beagle. Cieśnina jest bardzo ważnym kanałem komunikacyjnym świata. Kanał widzieliśmy w Panamie City a na fale cieśniny patrzyliśmy od paru dni z nadzieją, że się uspokoją.

Łódką przez granicę

Pierwszy raz przekraczaliśmy granicę 8-osobową łodką. Płynęły z nami dwie Szwajcarki, Chilijczyk i Argentyńczyk. Szybko zrozumieliśmy co znaczy Przylądek Horn i dlaczego czekaliśmy w Puerto Williams na lepszą pogodę. Luśka przy pierwszej fali uderzyła w szkielet poszycia dachu łódki i rozpłakała się na dobre a reszta pasażerów szukała po kieszeniach worków. Wysiedliśmy w Ushuaia na końcu świata. Tym oficjalnym i bardziej rozleklamowanym końcu świata. Wysiedliśmy i zobaczyliśmy, że to nie nasza bajka. Ushuaia jest fajna, ale w 100% turystyczna. Tu nie ma nic autentycznego. Wszystko na pokaz, pod publiczkę, pod turystów. Jednym słowem pięknie, drogo i nadal bardzo zimno.

I jak to często w życiu bywa, coś na co długo czekasz okazuje się wydmuszką. Ushuaia jest fajna. Jestem dumny, że tu dotarłem. Była od lat moim celem podróży, ale sądziłem że nie będzie taka turystyczna. To nie ta podróż. Gdy jadę na narty do Livigno, to pasuje mi jego komercha: narty, pizza, dyskoteka i za tydzień powrót. Dziś jednak podczas tej wyprawy jadę do ludzi, a tu widzę sklepy swatcha, diora, armaniego i rolexa. Brakowało mi tylko biedronki i macdonalda

Żegnaj Antarktyko :(

Antarktyka również prysła jak bańka mydlana w pierwszym biurze turystycznym, do którego podszedłem. "Lizka, patrz, Antarktyka last minute!!!" krzyknąłem na cały deptak. Gdy zobaczyłem kartkę na drzwiach, nie musiałem już wchodzić. Cena 9 tysięcy dolarów od osoby a 5,5 w ofercie "last minute" oraz pierwszy wolny termin w styczniu skutecznie sprawę lodowego kontynentu zamknęły. "Lizka, możemy nie wchodzić". Ledwie zamykamy budżet śpiąc w namiotach i jedząc od 2 tygodni bułki a tu takie pieniądze. Liczyłem, że znajdę coś za 1,5 tysiąca. Hmmm, szkoda.

Wynajęliśmy samochód i uciekliśmy w góry. Uciekliśmy też dlatego, ponieważ polski ksiądz, który miał być w Ushuaia, nie pracuje już tu. Obecny dyrektor Argentyńczyk popatrzył na nas i powiedział, że niestety nie ma dla nas miejsca. A mówił to na korytarzu pustego kolegium, którego jedno piętro było 10 razy większe niż cała plebania w Puerto Williams, gdzie przemieszkaliśmy ostatnie 2 dni. Doradził, żeby popytać w urzędzie miasta, bo tam zajmują się bezdomnymi. Ha, to słowo “vagaboondo” zapewne pasuje idealnie do mojej brody i nie ma co się staruszkowi dziwić. Nie ogarnął naszej wyprawy. Mając ponad 70 lat przygotowuje się pewnie do każdej podróży z miesiąc i nie rusza się bez rezerwacji hotelu. Zresztą nikt nie mówił, że będzie łatwo i zawsze będziemy spotykać tak wspaniałych ludzi ludzi, jak ksiądz Jose z drugiej strony cieśniny.

1 st. C w lecie...

Ushuaia ma od 3 dni lato i teoretycznie powinno być pięknie. Niestety teoria czasami rozjeżdża się z praktyką. Tak też było dzisiejszej nocy i na samochodowym termometrze pokazał się 1 stopien Celsjusza. To było o 5 rano i nic by nam nie przeszkadzało, gdyby nie "mały" problem, który odkryliśmy wysiadając w porcie z łódki. Lusia zapomniała zapakować swój plecak i śpiwory zostały w Chile. Noc w takim ziąbie nie była zbyt miła i niestety przypłaciliśmy ją z Luśką bólem gardła i katarem. Przebrnęliśmy przez ciężką noc i idealnie przygotowani pojechaliśmy rano do pingwinów. Sami zresztą przypominaliśmy 4 pingwiny.

Łódki na Isla Martillo, na której mieszka wielka kolonia pingwinów odpływają z Estancia Harberton. To najstarszy dom w Tierra del Fuego. Posiedzieliśmy tam ze 3 godziny oglądając kręgosłup i żebro wieloryba oraz ponad 100 letnie łodzie dawnych właścicieli majątku. Niestety nie dane nam było spotkać się z pingwinami, bo bez rezerwacji nie znalazło się dla nas miejsce na łódce. Wróciliśmy więc do Ushuaia, odebraliśmy luśkowy plecak i podjechaliśmy pod lotnisko.

Tak “wspaniałe” przyjęcie argentyńskiego końca świata przekonało nas, do natychmiastowego odwrotu a zmęczeni 6-miesięczną, lądowa przejażdżką od Meksyku po Ziemię Ognistą postanowiliśmy skorzystać z usług Aerolineas Argentinas. 24 grudnia wsiadamy do samolotu i 3 tysięczną odległość pomiędzy Ushuaia i Buenos Aires pokonamy w 3,5 godziny. O rany, co za komfort! Normalnie byśmy tłukli tyle kilometrów ze dwa tygodnie.

Plan na nocleg nr 2 w Ushuaia był bardzo prosty. Wynajętym autem znajdujemy miejsce na rozbicie namiotów w pobliżu lotniska. Potem zdajemy samochód, śpimy i rano idziemy do samolotu na piechotę. Plan był świetny (sam go wymśliłem, więc to normalne) i wykonany w 100%, ale znów pojawiły się problemy. Lotnisko jest na wyspie, na której tak wieje, że po 30 minutach rozerwał się namiot i zaczął przeciekać. Potrzebna była modyfikacja i to szybko, bo coraz bardziej padało. Rozwiązanie znalazłem na lotnisku. To bardzo mały obiekt, z którego ostatni samolot odlatuje o 21 i potem do 8 rano lotnisko jest zamknięte. Wyprosiłem ochroniaża, żeby pozwolił nam przespać się w hallu.

“O której lecicie jutro?” - zapytał.

“Z samego rana” - twardo odpowiedziałem.

“Ale tu jest napisane: 13,30”

“ No taaaak, aaaaaleeeee moja żona zawsze tak długo śpi i godzina 13 to dla niej ranek”

Roześmial się i pozwolił wejść.

Gdzie święta...

Dziś jednak nie wiatr i kilometry huczały mi w głowie, ani nie argentyńskie wino. Święta Bożego Narodzenia za chwilę a my ciągle nie wiedzieliśmy co robić. Jeszcze wczoraj miałem stracha, że w Puerto Williams utknęliśmy na dobre i tam je spędzimy. Potem żyliśmy nadzieją, że polską atmosferę świąt znajdziemy u księdza Pieroga w Ushuaia. Nic nie wyszło, bo gość wyjechał i nawet na Fb nie ogłosił swojego wyjazdu ☺ . Mieliśmy jeszcze zaproszenie do Gustavo, który odezwał się do nas w listopadzie i serdecznie zapraszał na święta. Miał super “referencje” od jego, podróżującej z nami w internecie, rodziny. Niestety, ten również zmienił pracę i wyjechał z miasta. Gustavo wyjechał a my zostaliśmy z pytaniem: “co robimy na święta?”

24 grudnia kojarzy mi się od dziecka nie tylko z ubieraniem choinki, kolacją wigilijną i nocną pasterką. Moja mama, Ewa Łopacińska przyjmowała zawsze rano gości z imieninowymi życzeniami. Wszystkiego najlepszego mamusiu !!!!!! Pamiętam, jak mama gotowała w kuchni i co chwila wybiegała do pokoju odebrać nową porcję serdeczności. Ludzie zawsze ją kochali, bo ona kocha ludzi. Nas nie ma od kilku miesięcy w Toruniu a ona przyjeżdża do miasta i śpi u naszych przyjaciół. Ciekawe, jak umówili się na święta.

My, na dzień przed wigilią nie wiedzieliśmy gdzie ją spędzimy. Dziś rano zaczęliśmy się zastanawiać, czy złamac się i pójść z Buenos Aires do hotelu a wigilię spędzić w restauracji. Mogliśmy też zostać na lotnisku i tam podzielić się opłatkiem. Luśka chlipie już od rana, że nie zobaczy mojej kuzynki Gości, Dejana i Gabi, z którymi od lat spędzamy wigilię. Płacze, że nie przytuli babć i dziadków. Pingiwny mialy być super pocieszeniem, a tu i one dziś nie wypaliły. Mamy klapę na całej linii. Nie pomogło podstawianie wiadra pod marnujące się łzy i tysiące przytulasów, które zapodawaliśmy córce przez cały dzień.

Podróż po "Luśkowemu"

Luśka przeżywa tą podróż najciężej i takie sentymentalne momenty, jak święta, telefon babci czy mail od koleżanki kończą się najczęściej płaczem i wielką tęsknotą. Jest z nas najmniejsza i najciężej przeżywa rozstania. Zależało nam dlatego na rodzinnej atmosferze w wigilię.

A jednak udało się: mamy zaproszenie na święta!!!

Sprawa rozwiązała się koło południa. Obok życzeń na maila i Fb przyszła bardzo wżna wiadomość: “dzwońcie do mojej rodziny w Buenos Aires, Maria czeka na was!” O rany, jaka ulga. Mamy gdzie się podziać w wigilię i w dodatku to będzie Polka. Justyna z Sandomierza, która jedzie z nami od samego początku zaprosiła do swojej argentyńskiej cioci. Już lubimy Ushuaia, a co tam. Lepiej szybko zapominać o złych rzeczach w życiu i wspominać te piękne. Lepiej żyć pięknie. Opłaca się, bo wtedy piękno i dobro wraca do człowieka.

Życzę Wam w te święta Bożego Narodzenia pięknego życia!

TOP

Znów w Argentynie, ale tym razem na końcu świata. A więc dotarłem to tej mojej wymarzonej Ushuaia.

Ushuaia - w namiocie na końcu świata