Kolejna prezentacja. Tym razem w domu salezjańskim w Calca. Mieszkają tu chłopcy z dżunglii, którzy w swoich miejscowościach mają bardzo daleko do szkoły. Prowadzący kolegium Polak, Artur przyjął nas jak rodzinę. Poznalismy jego żonę i trójkę dzieci (trzecie urodzi się za 2 miesiące, ale już do nas na pewno się uśmiechało z brzucha mamy). Broni nas piękny wilczur "Chopin" i labrador. Ksiądz Ryszard z Limy zaanonsował nas i tym samym po raz kolejny bardzo nam pomógł. Czujemy w każdym momencie tu w Peru jego opiekę oraz Mari ii Anibala z biura podróży “Maria Kralewska”.
Uczestniczymy z chłopcami (i 4 dziewczynkami) w ich życiu. Jemy razem posiłki. Wojtek z Luśką wstają o 5.40 i pomagają przygotować śniadanie dla całej 40 osobowej grupy. Wychowankowie salezjańscy zawsze sami podają śniadania i kolacje. Ważne, żeby nie nauczyli się, że świat coś im da za darmo. Pomagać przez naukę samodzielności.
Opowiedzieliśmy o naszej wyprawie i rodzinie. To bardzo ważne, aby mogli zobaczyć razem rodzinę. Oni odwiedzają swoich najbliższych tylko raz w roku. Odległości w dżunglii nie mierzy się kilometrami, tylko czasem, potrzebnym na ich przebycie. Jedna z dziewczynek powiedziała nam, że przed zamieszkaniem tutaj musiała każdego dnia iść przez dżunglę 2 godziny do szkoły…
Na koniec poczęstowaliśmy dzieciaki toruńskimi piernikami, które przesłało nam niedawno Muzeum Okręgowe w Toruniu.