Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE


Kruger National Park w Nelspruit

U nas, jak zwykle podróżniczy kalejdoskop. Po bardzo biednym Mozambiku, wróciliśmy do Republiki Południowej Afryki. Po trzech, pełnych niespodzianek dniach w Maputo, przyjechaliśmy do Nelspruit. Tu mieliśmy od tygodnia ustalony plan pobytu. Goszcząca nas Irene rozpisała w punktach miejsca, do których nas zawiezie. Dla pełnej wygody wynajęła duży samochód i nocleg w Parku Narodowym. “Zamiast tracić czas na powrót do domu, wstaniemy o 3:30 nad ranem i pojedziemy w busz.” – stwierdziła.

Halo, czy to Eden…?

“Krajobrazy Nelspruit są najczęściej fotografowane, najczęściej opisywane, odwiedzane i prawdopodobnie są najpiękniejszym miejscem w Republice Południowej Afryki. “ – taki opis znaleźliśmy w katalogu turystyczym regionu, do którego właśnie przyjechaliśmy. Pani Irene Kozak w pełni podzielała tą opinię i postanowiła nam to udowodnić.

“Dzień dobry pani Iren, to my”

Sądziliśmy, że znaleźliśmy kolejną osobę z polskimi korzeniami, ale tak nie było. Irene urodziła się w RPA a jej dziadkowie przypłynęli tu z Irlandii przed 1.900 rokiem. Babcia, która wyszła za mąż w wieku 14 lat miała 12 dzieci. W czasach konfliktu z Anglikami, wylądawała z całą trzódką w obozie koncentracyjnym. Tak, tak nie pomyliłem się. Wcale nie Hitler wymyślił obozy koncentracyjne. To “osiągnięcie” trzeba przypisać Anglikom. Pamiętacie, jak budowali tory w Argentynie? Do dziś nie można pojechać pociągiem dookoła Argentyny, bo wszystkie trasy kolejowe prowadzą do portów. Miały tylko jedno zadanie: wywóz towarów do portów i na statki. Oni często myślą o sobie a nie o swoich partnerach. Na początku drugiej Wojny Światowej dali nam też pożądną lekcję, ich pojmowania przyjaźni.

Tańszy powrót z Mozambiku

Mozambik pożegnaliśmy rano, ale nie wzięliśmy tego samego autokaru, którym przyjechaliśmy z Pretorii. Wtedy, nie znając jeszcze Afryki, podróżowaliśmy dla bezpieczeństwa drogim, międzynarodowym transportem, który zdzierał straszne pieniądze. Teraz nie chciałem już tego robić. Znalazłem miejscowy dworzec autobusowy i za jedną trzecią ceny wsiedliśmy do małego busika dla lokalnych. Było trochę niespodzianek, bo najpierw chcieli nas posadzić na osobnych, pojedynczych fotelach, poźniej zarządali paszportów do jakiejś rejestracji pasażerów a potem przyszedł gość z łańcuchem do kolan i poprosił o opłatę za przejazd. Przesadzając parę osób, przebrnąłem przez te niespodzianki w busie. Nikomu też nie dałem naszych paszportów a za przejazd zapłaciłem kierowcy, gdy wyjechał z dworca.

“Już nie jestem mała, mam 11 lat!”

Przyjechaliśmy do Nelspruit po południu i Irene szybko odebrała nas z dworca. Głodni po podróży postanowiliśmy od razu ugotować coś dla naszej gospodyni. Okazja była nieprzeciętna, bo dziś Luśka zaczęła być nastolatką. Urodziny małej … “oj tato, ja już nie jestem mała! Mam 11 lat.” – tak przerywa mi co chwila, moja “duża” córka. Urodziny małej/dużej Luśki były specjalne, bo połowę tego szczególnego dnia spędziła w Mozambiku a drugą część w RPA. Przygotowaliśmy nadziewane kalmarami i ryżem papryki, bo to najlepsze warzywo dużej Luśki. Irene zaskoczyła nas lokalnymi słodkościami, które przygotowała dla jubilatki. Inne łasuchy naszej rodziny: mama i Wojtuś, też się załapały. Ja zjadłem tylko troszczeczkę…

Rano wsiedliśmy do wielkiego jeepa i ruszyliśmy na wycieczkę. Irene rozpoczęła realizację przesłanego nam planu. Pierwszy przystanek: muzeum osadnictwa. Dzieci podnosiły klocki z różnymi gatunkami drzew, sprawdzając ich cieżar. Najcięższe było oczywiście iron tree, metalowe drzewo. Zobaczyliśmy też wycinek 520- letniego kolosa i uczyliśmy się, jak odczytać ze słoi jego wiek. Ściany były pełne zdjęć z eksploatacji afrykańskich drzew. Lasy, lasy. Tu życie ludzi bardzo mocno złączyło się z lasami. Jadąc z Nelspruit mijaliśmy przez dwie godziny niezliczone ilości sosen. Czuliśmy się momentami, jak w Polsce. Z jedną różnicą: przestrzeń. Przestrzeń tu jest niesamowita. Wjeżdżając na każdy pagórek widać setki kilometrów kwadratowych lasów, bez żadnych osiedli a nawet pojedynczych domów.

Kolejny przystanek był zaplanowany przy wodospadzie Mac Mac. Nie był to oczywiście Iguazu, ale i tak podobał się wszystkim a krótki spacer przydał się każdemu, po długiej jeździe. Zaraz przy wodospadzie wjechaliśmy do Sabie, małego miasteczka, gdzie Irene zaplanowała, słodki tym razem postój. Afrykańskie pancake, czyli naleśnik był super. Każdy zamówił specjalną kompozycję Iren: z cynamonem i bananem i lodami. Do wyboru, do koloru.

Jedziemy na Berlin!

Potem pojechaliśmy do Berlina... Minęliśmy po drodze wodospad Lisbonę i podjechaliśmy pod wodospad Berlin. Ten był potężny. Miał 45 metrowy spadek, co czyni go tylko o połowę mniejszym od argetyńskiego Iguazu. Wyglądał, jak dziura w ziemi. Patrzyło się na niego w dół a nie w górę. Zwykle wodospady lecą z jakiejś góry. Berlin wyglądał, jakby wpływał prosto w środek ziemi. Spadająca woda, potrafi wyrzeźbić odlotowe kształty. Na kolejnymm przystanku w Bourke’s Luck Potholes mogliśmy obserować właśnie takie dziwy. Zalewająca Blyde River Canyon, od milionów lat, woda stworzyła dosłownie kosmiczne korytarze i przejścia.

Z wizytą u Pana Boga

Na koniec pojechaliśmy zaglądnąć Najwyższemu do okna. God’s window to niesamowita panorama na okolicę. Podchodząc pod boskie okno trzeba przejść przez las deszczowy. Znamy go z Ameryki Południowej, ale kto by pomyślał, że tu w Afryce znów go spotkamy…

Od tego momentu został nam już ostatni przystanek bogatego dnia: Kruger National Park. Największy park narodowy RPA. Pełen dzikich zwierząt. Samych lwów biega tam na wolności ponad 2.000, lampartów 900 a słoni 3000. Najwięcej jest antylop ipala, 130.000. W końcu jakoś trzeba wyżywić taką wielką bandę kociaków…

Wielka piątka Afryki

Wielka piątka afrykańskich zwierząt dziś miała nam się wreszcie pokazać. Nie udało się w Dinoparku z Hanią, ale tu, Irene obiecała, że nie wyjedziemy z Krugera, dopóki nie zobaczymy choć jednego przedstawiciela piątki. Nie musieliśmy długo czekać. Pamiętając wskazówki Hanii, o tym, że zwierzęta pod koniec upalnego dnia kierują się do wody, wjechaliśmy do parku przed godziną 17:00. W pierwszej napotkanej sadzawce leżały bawoły afrykańskie - najwięksi zabójcy człowieka. To wcale nie lew, tylko właśnie bawół zabijał kiedyś najwięcej ludzi. Nie boi się nikogo. Chyba tylko słoniowi schodzi z drogi. Ważący 800 kilo samiec goni lwy i sieje postrach w sawannie. Te bestie leżały sobie obok nas, ale każdy ich ruch pokazywał potęgę mięśni. O twardości ciągnących się przez całą czaszkę rogów nawet nie wspominam.

Numer jeden z wielkiej piątki

“No to mamy zaliczoną jedynkę z wielkiej piątki!” – wszyscy szaleliśmy w samochodzie a Irene powiedziała, że to na pewno jeszcze nie koniec atrakcji. Znów miała rację. W kolejnym jeziorze kąpała się słonica z małym. Wygłupiali się w wodzie niesamowicie. Maluch przewracał się i leżąc na plecach, wywijał nogami w powietrzu. Kilka metrów dalej pływał sobie hipopotam, obok krokodyla a na brzegu brodził bocian. “Ha, to ja teraz już wiem, gdzie te cwaniaki, lecą na zimę” – powiedziała oburzona Luśka – “ja też tak będę robiła, gdy będę duża!

200 kologramowy maluszek

Gdy słonie poszły w końcu w busz, nad wodą zrobiło się sennie. Hipopotam, jako nocny marek nie był jeszcze skory do spacerów i ani razu nie wyszedł z wody. Ziewał tylko znudzony i pokazywał dość ubogie uzębienie. Krokodyl wtórował mu udając też straszne znudzenie i czekając na trochę mniejszych chętnych do kąpieli, których mógłby skonsumować.

Zaczęliśmy kierować się do naszego obozu i przed bramą drogę zastąpiła nam rodzina słoni. Tata, mama i maluszek. Hmmm, trochę trudno małego słonia nazywać maluszkiem, bo waży chyba z 200 kilo. Przy 3 tonowyh rodzicach wyglądał jednak na małego i na stojaka biegał między nogami rodziców. Nie ma co się dziwić, że tak rosną, jak dziennie zjadają 250 kilo trawy i liści. Piją przy tym 200 litrów wody.

Pijane słonie

Piją jeszcze coś. Raczej jedzą, ale efekt jest jakby nieźle popiły. Tu rośnie owoc, który nazywa się amarula. Na drzewach pojawiają się małe, okrągłe i dosyć słodkie owoce, które mają ciekawą właściwość: bardzo szybko fermentują. Wiedzą o tym miejscowi i wytwarzają z nich piwo, wino i nalewki. Wiedzą o tym też słonie i jedzą je na potęgę. Widziałem w sklepach likier nazywany tu pieszczotliwie “pijany słoń”, ale myślałem, że to takie hasło reklamowe. Gdy jednak zobaczyliśmy wielką słoniową kupę, która była pełna niestrawionych pestek amaruli, zrozumiałem, że to nie żarty. Z pijanymi nie ma co gadać i szybko zjeżdżając im z drogi, pojechaliśmy do obozu.

Irene o wszystkim pomyślała. Mieszkaliśmy w podwójnej, krytej słomą chacie z wielką wanną po środku, czyli luksus w dżunglii. Dzieciaki poszły na basen a my rozpaliliśmy grilla i cieszyliśmy się muzyką cykad. Południowoafrykańskie wino tym razem smakowało nam, jak Chateau Petrus z Bourgogne, ale nie szaleliśmy do nocy, bo pobódka była zaplanowana na godzinę 3:45.

Jednorożec, czyli trzeci element wielkiej piątki

Brama obozu otwierana jest o 4:30 więc podjechaliśmy pod nią samochodem punkualnie o w pół do piątej. 40 minut przed wschodem słońca rozpoczęliśmy nocne polowanie z aparatem fotograficznym. “Tato, jak widzieliśmy już słonie i bawoły, to teraz został nam jednorożec, lew i lampart, tak?” – pytała zaspana Luśka. Do końca dnia, za nic nie mogła przestawić się z jednorożca na nosorożca. Nawet, gdy stanęliśmy obok dwóch śpiących nosorożców, to Luśka mówiła “jakie piękne są te jednorożce”.

Poznawać świat z dzieckiem…? Bezcenne.

Z wielkiej afrykańskiej piątki brakuje nam już tylko lwa i lamparta. Dziś zobaczyliśmy ze 20 słoni, 15 nosorożców, bawołów, żyraf i 50 zebr. Widzieliśmy bociana, krokodyla, hipopotamy i rodzinkę hjen. To był nierealny dzień, ale nie w ilości tkwi jego specjalność.

Najpiękniejse jest to, co było jeszcze w Polsce, podstawą decyzji o podróży. Coś, dlaczego zrezygnowałem z świetnej pracy i zdycydowałem się ponieść wielkie koszty rocznej podróży przez świat. To szczęście wspólnego z dziećmi poznawania świata. Ile trzeba zapłacić za minutę przyglądania się z córką śpiącemu hipopotamowi? Czy można kupić chwilę złapania za rękę syna i oglądania przechodzących żyraf? Nie ma na to ceny. Są koszty i poświęcenia, ale ceny nie ma. Te chwile są bezcenne a dziś w Kruger National Park w Południowej Afryce, wspólnie je wszyscy przeżyliśmy. To dlatego ten dzień zapamiętam do końca życia.

TOP

Spaliśmy w największym Park Narodowym Afryki Południowej. Koło nas biegały słonie, bawoły i hipopotamy.

Kruger National Park w Nelspruit