Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 03.11.2014 - 21.11.2014 Boliwia / Święto czaszki, droga śmieci i księżycowa dolina w La Paz

Całą drogę z Puno do La Paz przesiedziałem w autobusie obok kierowcy, bo pani w okienku kasowym “pomyliła się” i sprzedała o jeden bilet za dużo. Nie powiedziała też, że w połowie drogi, trzeba wysiąśc z autokaru i przepłynąć promem jezioro. W trakcie jazdy rozmawiałem z przewodnikiem turystycznym. Leo opowiedział mi o boliwijskich atrakcjach i swoich doświadczeniach z turystami. Tego samego dnia miał w grupie bogatego Niemca, który spał tylko w 5 gwiazdkowych hotelach i podróżował zawsze sam, bo nie chciał narażać dzieci na niebezpieczeństwo. Hmmmm, słuchałem tego z zainteresowniem…

Dojeżdżając do La Paz od strony Tikicaca trafiamy na El Alto. To przedmieście la Paz. Miasto jest potężne i zaczyna przerastać starszego brata. Nie widać jego ogromu, bo choć leży na ponad 4 tysiąch metrów wysokości rozciąga się na płaskim terenie. To tu właśnie znajduje się najwyżej położone lotnisko i stadion do piłki nożnej. Wszytskie ulice są takie same. Jadąc wzdłuż lotniska do naszego lokum Lusia, co chwila mówiła “tato, wysiadamy, to tu”. Nie było to jednak tu, ponieważ dzieliło nas jeszcze 75 przecznic...

Administracja nie nadąża tu z infrastrukturą. Tylko główna dojazdowa aleja ma asfald a reszta przecznic, to kurzący się okropnie szuter. Nieotynkowane domy i totalny brak zieleni pogłębiają smutne wrażenie tych dzielnic. Jak ci ludzie mogą żyć nie patrząc zupełnie na drzewa i kwiaty…?

Na ulicach za to jedździ tysiąc chińskish busów zapełniających każdą wolną przestrzeń. Łamiąc wszystkie zasady ruchu drogowego wywołują u nas śmiech i strach. El Alto jest sypialnią La Paz. Korki są straszne rano i wieczorem. Ulice tętnią życiem do późnych godzin. Straganiarze sprzedają wszystkie możliwe rzeczy świata (wyprodukowane w Chinach) a ich kobiety w kapeluszach i tradycyjnych indiańskich strojach gotują lokalne przysmaki.

La Paz jest położone niżej, na wysokości 3.800 metrów nad poziomem morza. Praktycznie nie odczuliśmy żadnej zmiany, bo Tikicaca było na tej samej wysokości. Leży pięknie pomiędzy kilkoma górami, jest jakby zamknięte w swoim własnym świecie. Nie wiem, czy to zmęczenie podróżą, czy chwilowe przemęczenie przygodami z Indianami Uros, ale La Paz nikomu z nas nie przypadło do gustu.

Luśka narzekała na zimno, Wojtek mówił, że ciężko mu się chodzi po wąskich uliczkach, które co rusz wznosiły się i opadały. Liza coraz bardziej zażenowana otaczającym nas jedzeniem w postaci chicharone (dla przypomnienia; skóry świńskie), kurczaków i innych mięsnych dań, pierwsze kroki skierowała na rynek. Pierwsze śniadanie w La Paz zjedliśmy na słodko. Trafiliśmy na stoisko z tradycyjnymi ciastkami, wypełnionymi serem. Pochłonęliśmy ich ze 20 popijając napojem z czarnej kukurydzy. “ojojoj tato, jak mnie boli brzuch” narzekały potem dzieci, nie świadome, że trawienie na tych wysokościach jest bardzo długie.

Zamieszkaliśmy w El Alto, u gościa z coughsurfingu. Facet okazał się jakimś totalnym odpałem, bo zaraz po powitaniu na dworcu poinformował nas, że będziemy mieszkać u jego kolegi. Tam było tak brudno, że przypomniały nam się przygody w Nikaragui, gdzie w jednym śmierdzącym psami domu, spaliśmy na balkonie, bo nie dało rady być w nim dłużej, niż 10 minut. Tu również z samego rana spakowaliśmy plecaki i rakiem wycofaliśmy się. Ruszyliśmy do centrum La Paz, szukać Salezjanów.

Przyjęli nas z otwartym sercem ofiarując dwa pokoje w Prado – samym centrum La Paz. Nie mogliśmy sobie wyobrazić lepszej miejscówki, na spacery po mieście. Spacerując jednak tu trzeba mieć się na baczności. Kierowcu robią to, co chcą. Przez 150 dni wyprawy przyzwyczailiśmy się do luźnego traktowania pasów dla pieszych, semaforów i znaków drogowych. La Paz jednak zdołało nas zakoczyć. Na jednym z przejść przez ulicę kierowca chikenbusa uznał, że idę z Luśką za wolno i zaczął mnie popychać zderzakiem. Inny, przeciskając się między ludźmi przez pasy, zdołał nas rodzielić i przejechać pomiędzy mną a Lizką z dziećmi. Tu na prawdę oczy musimy mieć dookoła głowy, żeby nie byc potrąconym przez samochód. Nie pomaga fakt, że prawie na każdym dużym skrzyżowaniu stoi policjant kierujący ruchem…

Najniebezpieczniejsza droga świata to dla nas pestka...

Następnego dnia mieliśmy z Wojtkiem zaplanowaną niesamowitą atrakcję: zjazd rowerem po caretera del murte – czyli po drodze śmierci. Dziewczyny odpuściły natychmiast po oglądnięciu zdjęć z przejazdu. 34 kilometrowa trasa zaczynała się na wysokości 4.700 metrów n.p.m. Widoki niesamowite. To trudno opowiedzieć. To trzeba po prostu przeżyc i zobaczyć. Nie wiem, jak jeszcze kilka lat temu mijały się tu ciężarówki.

Na trasie drogi śmierci odbywa się największa w Boliwii produkcja coki. Ma smak inny od tej, którą żuliśmy w Peru. Jest jakby trochę słodsza. Wyjaśnienia szukaliśmy w muzeum coki. Niespokojnym wyjaśniamy, że jest potężna różnica pomiędzy naturalnym liściem coki a białą śmiercią, czyli kokainą. Liście coki żują tu praktycznie wszyscy wykorzystując jej właściwości do obrony przed chorobą wysokościową. Robią to starsi i dzieci. Produkując zaś chemiczny proszek dla nielicznych gangi bandytów zurzywają prawie pół tony do otrzymania 1 kg narkotyku.

Uderzyła nas informacja o Coca Coli, która nadal importuje z Boliwii liście coki, wykorzystując je do podniesienia walorów smakowych swoich wyrobów. Jak to dobrze, że naszym partnerem w tej wyprawie jest Pepsi ☺

Wyprawa drogą śmierci to całodniowa wycieczka. Trzeba najpierw wznieść się na szczyt, potem wdziać komplet ochronnego na zimno i upadki ubrania a nasepnie ruszyć w szaleńczy znajd. Przez 5 godzin zjeżdża się w dół, aż do bólu gręgosłupa. Jedzie się do wyżłobionej w skale drodze przez wodospady i zakręty. Na koniec, na wysokości 1.200 metrów czeka na śmiałków, prysznic, basen i obiad. Zasłużyliśmy z Wojtkiem na to !

Dzień czaszki

Kolejnego dnia mieliśmy zaplanowany główny punkt programu w La Paz: El dia del nianitas – dzień czaszki. Rodziny trzymają czaszki swoich bliskich w domach (chyba nie na telewizorach…) i raz w roku, tydzień po święcie Wszystkich Świętych przynoszą je na cmantarz. Ale jak przynoszą!

Od samego rana na cmentarz centralny w La Paz wchodzą odświetnie ubrane rodziny z udekorowanymi czaszkami. Leżące w spacjalnych oszklonych urnach czaszki mają okulary, specjalne czapki, kwiatowe wianki i pomalowane usta.

Boliwijczycy wierzą, że w czaszkach mieszkają dusze zmarłych, które przy dobrym traktowaniu pomagają im, tu na ziemi. Wkładają im więc papierosy w (chciałem napisać usta…) w kości, obsypują kwiatami i kładą (i znów te usta…) obok kości liście coki.

Na początku myslałęm, że piepierosy oznaczają palaczy, ale to nie prawda. Nawet nie palęce za życia czaszki, mają teraz po 2 lub 3 papierosy. Po co? Papierosy mają im dać relaks, wytchnienie i spokój a liście coki pozwolić na łatwe przejście pomiędzy światami żywych i umarłych.

Niesamowite i jednocześnie makabryczne, na pierwszy rzut oka, święto. Ale czy na pewno? Dlaczego mamy się smucić, gdy chodzimy po naszych cmentarzach? Czy nie lepiej wierzyć, że bliskim jest lepiej tam, gdzie są? Boliwijczycy słuchają muzyki, wspominaja radosne chwile z zmarłymi i cieszą się tym dniem.

Rozmawiałem z gościem, który przyniósł na cmetarz czaszkę swojej babci. Mówił mi, że to czaszka towarzyszy mu przez cały rok. Trzyma ja w biurze, w swojej pracy. Jest przekonany, że jego firma tak dobrze się rozwija, właśnie dzięki jej pomocy. Teraz, szczęśliwy i pełen wdzięczności przyniósł ją na cmentarz, żeby wspólnie z rodziną pomodlić się i podziękować babci za pomoc. Babcia chyba też była zadowolona, bo dzielnie “paliła” 3 papierosy na raz. Nie mogłem jedynie dojrzeć jej wyrazu oczu, bo wnuczek wypchał je watą…

Księżycowa dolina

Po takim odlocie musieliśmy już brnąć w kosmieczne atrakcie dalej i następnego dnia pojechaliśmy do Valle de la luna – księżycowej doliny. Nie wiem, jak wygląda księżyc. I pewnie też go nie zobaczę, bo na tą chwilę rodzinna wyprawa dookoła świata rodziny Łopacińskich nie przewiduje żadnych lotów w przestworza. Może w kolejnej edycji, gdy zaczną sprzedawać bilety w obie strony, rozpatrzymy ten kierunek.

Patrząc i chodząc (znów bez damskiej części naszej podróży) po paskowych skałach, które poddane przez miliony lat “wodnej obróbce” przybrały istnie kosmiczne kształty, mieliśmy z Wojtkiem wrażenie kosmicznego spaceru.

Dzięki Salezjanom odpoczęliśmy w La Paz i polubiliśmy to miasto. Zaakceptowaliśmy odpoczynki i zadyszki po każdych, zbyt szybko wykonanych pod górkę krokach. Przestały nas straszyć przywiązane do słupów manekiny, które miały przestrzegać złodziei przed oszustwami. Swoją drogą Luśka zawołała nas do telewizora, gdy pokazywano okaleczonego przez lokalną społeczność złodziejaszka. Tracąc nos z pewnością zapamięta przestrogę przed złodziejstwem.

Wypoczęci i wzmocnieni takimi nieziemskimi atrakcjami postanowilismy jutro pierwszy raz się rozdzielić. Lizka z Łucją wsiadają rano do autokaru, żeby przez 20 godzin dojechać do Rurrenabaque. Tam przez 3 dni będą explorowały boliwijskie pampas z krokodylami, piraniami i delfinami rzecznymi.

Kolejny 6-tysięcznik...?

Ja wybieram mniej przyjazne środowisko i planuję ruszyć na 3 dniową wspinaczkę. Przede mną jedna z najwyższych gór Boliwii: Huayna Potosi, 8.088 metrów n.p.m. Gdy ją zdobędę, to niewiele pobiję swój rekord, ale nie o rekord tu chodzi. Wysokośc bardzo jest podobna do mojego peruwiańskiego wulkanu Chachani, ale skala trudności dramatycznie inna. Znajdujący się na najwyższych partiach gory lodowiec, można pokonać tylko w butach z kolcami, wspinając się na linach. To taka moja lekcja przed 7-tysięcznikim. Wyprawa ma trwać 3 dni, z czego na 2 dzień są właśnie zaplanowane ćwiczenia z chodzenia po śniegu w kolcach, używania lin, uprzęży i czekana.

A mały Wojtek co robi? No właśnie to jest pytanie. Wczoraj miał wspinać się ze mną. Potem zdecydował, że jedzie z dziewczynami, bo chce złowić piranię. Dziś, podczas obiadu u rodziny Leo, Wojtek znów zainteresował się górami. Poznany w autobusie do Las Paz, Leo – przewodnik jest pasjonatem gór i przez godzinę opowiadał nam o wspinaniu się na Huayna Potosi. Teraz Wojtek myśli, co wybrać, na zasadzie “osiołkowi w żłoby dano”, no bo fajnie by było z tatą powspinać się i piranię z mamusią chwycić…

TOP

La Paz jest odlotowe. Nie polubiliśmy go od razu, ale po kilku dniach już go kochamy. Droga śmieci, dzień czaszek i księżycowa dolina to nasz plan.

Święto czaszki, droga śmieci i księżycowa dolina w La Paz