Takim pytaniem małego Wojtka, zadanym o 2 nad ranem zaczęliśmy naszą nocną wyprawę na Kanion Colca.
W Arequipie ksiądz Ryszard z Limy pracował przez 5 lat i ma dobrych znajomych. Salezjanie prowadzą tu od 118 lat szkołę i przytułek dla biednych chłopców. Przyjęli nas z otwartym sercem przygotowując 3 osobne pokoje. Takiego luksusu jeszcze nie mieliśmy!
Mieszkaliśmy w centrum starej Areqipy, 10 minut marszem od Plaza de Armas i katedry. Kilka razy szukaliśmy w niej ukrytego diabła, aż wreszcie pod kazalnicą odkryliśmy niesamowitą postać rogacza. Jedliśmy śniadania, obiady i kolacje z 6 księżmi i poznawaliśmy ich życie. Zajmowali się wielką szkołą w której uczy się 800 chłopców. Trafiliśmy na szczególny czas, święta Jesusa Odkupiciela i każda firma, insytyucja i szkoła przygotowała ołtarz na procesję. Procesje chodziły przez kilka dni codziennie inną trasą, aby odwiedzić ustalone miejsca.
Zawsze chciałęm zobaczyć, taka barwną południowoamerykańską procesję. Najpierw idzie tzw. “strzałowy”, czyli gość odpowiedzialny za zimne ognie i fajerwerki. Co kilka minut puszcza więzkę na wiwat, informując pół miasta, gdzie obecnie zmierza procesja. Następnie 4 panie trzymają w ręku kadzielnice. Ale to nie są takie zwykłe, znane nam z polskich kościołów kadzielnice. To są wielkie “maszyny” do wytwarzania dymu. Miałem wrażenie, że są w stanie zaczadzić nimi całe miasto. Potem idzie gość z długim kijem, jakby widłami, do podnoszenia kabli energetycznych przed ołtarzami. W całej Ameryce kable energetyczne, telefoniczne i wszelakiego innego rodzaju wiszą prawie na głowie chodzących ludzi. Jeżdżąć w ekwadorskiej Caulca odkrytym autokarem turystcznym kilka razy byliśmy proszeni przez przewodnika o zniżenie głów pod kablami.
Centrum uwagi przyciągał główny ołtarz. Był niesiony przez 20 facetów, którzy na komendę podnosili go i kładli na poszczególnych przystankach. Widać było po nich wielki wysiłek, jaki musieli w tą pracę wkładać. Niosąc na plecach kilkaset kologramów musieli uważać, żeby nie poślizgnąć się na tysiącach leżących na bruku kwiatach. Przed poszczególnymi przystankami wysypane też były jakimś dziwnym kolorowym proszkiem, różne święte obrazki. Na głowy leciały wszystkim tysiące confetti i co chwila ktoś przepychał się pod ołtarz.
Jedną z najciekawszych atrakcji Arequipy jest spotkanie z jednym z największych ptaków świata. Condory żyją tu prawie 100 lat i upodobały sobie kanion rzeki Colca. Rano wznoszą się z niej w góry wykorzystując ruch powietrza. W związku z przeziębieniem Luśki i koniecznością zostania z nią Lizy, postanowiliśmy z Wojtkiem ominąć biura podróży. Oferty jednodniowych wycieczek wahały się około 60 pesos od osoby plus 70 pesos oplaty za wejście na kanionu. Stwierdziliśmy więc, że sami dojedziemy tam o wiele taniej lub kierowcy busów obniżą ceny przed samym odjazdem. Już kilka razy kupowaliśmy w świetnych cenach w ostatniej chwili różne wycieczki, nurkowania i inne przejazdy.
Ponieważ condory do ranne ptaszki a kanion jest oddalony od Arequipy o około 3 godziny drogi autobusy startują o 3 nad ranem. O godzinie 2,30 stanęliśmy przed wyzwaniem sposobu opuszczenia centrum Salezjańskiego. “Tato, jak my stąd wyjdziemy? Wszystkie bramy są zamknięte.” Słuchając pytania Wojtka zdałem sobie sprawę, że jedyna droga to mur, który od wewnętrznej strony ma 1,5 metra wysokości a od zewnętrznej (co się okazała już po wdrapaniu się na niego) ze 4 metry. Po zwiszeniu się na rękach leciałem jeszce 2 metry w dół a po wylądowaniu pomyślałem, co z robić z Wojtkiem. Gdy zwiesił się z muru dotknął nogami moich wyciągniętych do gory rąk. Sytuacja zrobiła się poważna, bo Wojtas stwierdził, że nie puści się i już. Staliśmy tak więc przez chwilę w śroku nocy, zastanawiając się co dalej. To “dalej” nastąpiło bardzo szybko, gdy Wojtek z hukiem runął na mnie, obdzierając sobie (i niestety mi również) ręce.
Na placu nie znaleźliśmy żadnego wolnego miejsca w busach, więc szybko przeszliśmy do planu “B”. O 4.20 wsiedliśmy na dworcu autobusowym do autokaru za 17 pesos i w 3 godziny dojechaliśmy do Chivay. Tu, po szybkim lokalnym śniadaniu na rynku, w postaci 2 jajek z ryżem i gorącej herbaty, wsiedliśmy do drugiego autokaru. Ten dowiózł nas na El Mirador de la Cruz del Cóndor, za 5 pesos.
Panie sprzedające bilety okazały się fankami Polaków i sprzedały mi bilet dla Peruwiańczyków za 20 pesos a Wojtka wpuściły za piątkę. Do pełni szczęścia zostało nam spotkanie z condorami. Podziwiając ponad kilometrowe ściany kanionu czekaliśmy na potwory. Ten kanion należy do najgłębszych na świecie. Pionowe wręcz skały opadają na głębokość 1200 metrów i majestatycznie bronią dostępu do koryta rzeki Colci. Natura wyrysowała tu niesamowie kształty. W oddali widać było ośnieżone szczyty wulkanów a wokół wiły się serpentyny dróg. Po takich zawiłościach, drogach obok przepaści, stromych podjazdach i spadkach jechałem pierwszy raz w życiu. Podziwam ludzi mieszkający w tych górach i uprawiajających role. Nasz ranny autobus z Chivas był pełen kobiet z krótkimi, masywnymi szpadlami, które jechały do pracy na tarasach. Tu jest tak stromo, że nie sposób używać traktorów i orkę wykonuje się ręcznie lub mułami. Kilka razy widziliśmy pary pracujących wołów, jak w Polsce przed wiekami. Człowiek czuje tu, jaki jest malutki. Ja byłem jednak bardzo duży, bo kilka razy usłyszałem zachwyty mojego 12-letniego syna: “Tato, jak tu pięknie ! Tato, a słyszysz tą ciszę? Ale fajnie, że tu razem przyjechaliśmy.”
Nagle ktoś krzyknął “mirra, mirra a ki”. “Patrz, patrz tutaj!”. Faktycznie wysoko, wysoko pokazał się kondor. Prawie nie ruszał skrzydłami. Rozłożył tylko tą swoją ponad 3 metrową lotnię i szybował niesiony powietrzem. Był tak duży, że gdy nad nami przelatywał słychać było szum powietrza. Mieliśmy niesamowite szczęście, bo wiele relacji turystów kończy sie smutnym stwierdzeniem, że nie przyleciał ani jeden kondor. O tej porze roku są one tu rzadkością. Nam udało się zobaczyć kilka! W tej obserwacji było coś magicznego. Kilka razy wracał nad nasze głowy, jakby chciał wynagrodzić wszystkim ranną pobudkę. Przyleciała też jego partnerka i razem szybowali. Mógłbym tak stać pół dnia i patrzeć na te powietrzne monstra, ale trzeba było wracać.
Wsiedliśmy do wracającego z Cabanaconde “naszego” autokaru. W Chivas u “naszej” pani na straganie zjedliśmy kotlet z alpaki i dotarliśmy wieczorem do Arequipy, do “naszych” Salezjanów. Nie było czasu na odpoczynek, bo już o godz. 20 wsiedliśmy do autokaru do pępka świata- Cusco.