Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat





© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 05.09.2014 - 15.09.2014 Kuba / Jak tu żyć panie Fidel, jak żyć?

Zabierzcie mnie stąd

Wracając raz do domu weszliśmy do piekarni. Okazało się, że trafiliśmy na najstarszą piekarnię w Havanie i jedyną, w której do dziś bułki wyrabia się ręcznie. Czterech facetów przez całą noc kręci ciasto na bułki. Musi im się troche nudzić, bo asortyment piekarni obejmuje tylko bułki. Najsmutniejsze jest jednak to, że każdy z nich zarabia 12,5 dolara miesięcznie. “Kiedy wracacie do Polski? Zabierzcie mnie stąd, przyślijcie mi zaproszenie”- tak rozmawiał z nami kierownik piekarni. Jego smutne oczy mówiły dokładnie to samo. Podobno nadzieja nigdy nie umiera, ale czasami jej po prostu nie ma. Ci ludzie jej nie mają.

Damas en blanco

Tu nie ma radia “Wolna Europa”. Papież był na Kubie przed 2000 rokiem a woda skutecznie tworzy barykadę oddzielając ludzi od wiadomości. Kubańczycy wiedzą, to co Castro pozwoli im przeczytać w gazetach. Tu nie ma opozycji. Pojawiły się ostatnio “Damas en blanco - Kobiety w bieli”. To żony internowanych ludzi, którzy po kilka lub kilkanaście lat przesiedzieli w politycznych więzienach.

Ksiądz przestrzegał nas, żebyśmy uważali podczas spotkania z nimi. Są zawsze otoczone funkcjonariuszami bezpieki i nieustannie inwigilowane. Podczas świąt państwowych często Castro aresztuje je, żeby nie zakłócały “wielkich rewolucyjnych wydarzeń”. Nie mogłem odpuścić. "Cholera, przecież nam też ktoś pomagał. Gdyby nie Papież, Regan, Wolna Europa może dalej tkwilibyśmy w takim maraźmie" - pomyślałem. Pomimo usłyszanych przestróg spotkaliśmy się z nimi. Zabrałem nawet głos na zebraniu. Powiedziałem im, że “czasami niemożliwe staje się możliwe”. Moim słabym hiszpańskim (uczymy się go sami w czasie podróży) powiedziałem, że w Polsce też mieliśmy socjalizm, że go już nie ma i że, wszystko zależy on nich. Biły mi brawo z 5 minut. Miały łzy w oczach. Ja też.

Spotykają się w kilku kubańskich miastach. Modlą się i po mszy demonstrują sprzeciw wobec reżymu. W Havanie jest ich 108 kobiet. Przychodzą urbane w białe bluzki i spodnie. Manifestują z kwiatami w ręku. Maszerują parami przez kilka ulic wokół kościoła Świętej Rity. To niemy marsz. Tylko na koniec odmawiają “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Maryjo” a potem głośno krzyczą “Laura e viva!!! Laura e viva!!! Laura e viva!!!”. To imię jednej z nich, która została zakatawona przez policję. Rozmawiałem z 84 letnią Sandrą, która 18 lat przesiedziała w więzieniu. Policja nadal ją zastrasza. Wszystkie członkinie stowarzyszenia są solą w oku braci Castro. Czasami giną w dziwnych wypadkach samochodowych. Ich ciała znajdowane są w rzekach, albo nigdy nie odnajdywane. Przez to na każdym niedzielnym zebraniu sprawdza się obecność. Dziś też jednej brakowało a Policja kręciła się wokół kościoła. Sandra powiedziała mi, że mimo to nie podda się.

Proszę tylko ich nie mylić na ulicach z kobietami ubranymi na biało, które są wyznawcami diabła. “Diablice”, bo tak je tu nazywają, są częścią jakiegoś afrykańskiego wyznania. Byliśmy raz z dzieciakami świadkami, jak na Malecon w centrum Havany, Afrykańczyk z kobietą ubraną na biało, potańczył na plaży z indykiem a potem odciął mu głowę. Wysmarował następnie siebie i partnerkę krwią a na koniec zawinął ptaka i poszedł do domu. Innym razem, przyciągnięci fajną muzyką, trafiliśmy na rytualne tańce tej sekty. W domu był zrobiony ołtarzyk z kwiatami i poczęstunkiem, przed którym wszyscy tańczyli. Szaman namawiał nas, żebyśmy złożyli hołd bogini dobrobytu. Od tego czasu mieliśmy doświadczać już tylko nieustających pasm sukcesu. Daliśmy radę opuścić “rozrywkowe” towarzystwo bez zbędnych pokłonów.

Patria o muerte

Pod kontem propagadny, współczesny Kubańczyk poddawany jest na każdym kroku indoktrynacji z częstotliwością i “finezją” równej stalinowskiej Polski. Na każdym narodowym peso czytamy hasło “Patria o muerte”. Wszędzie wiszą portrety Fidela i Cze Guavary. Na murach, plakatach i wielkich bilboardach powymalowywane są rewolucyne sceny i absurdy typu: “Socjalizmo o muerte”. Na poczcie i dworcu autobusowym mogłem kupić sobie książkowe pozycje, przybliżające mi sceny z życia bohaterów narodowych. Na dworcu autobusowym wisiały na ścianie w “kąciku historycznym” czerowne flagi i zdjęcia Fidela. Nawet w fabryce cigar nie zabrakło zdjęć Fidela i Raula z wzniesionymi zwycięsko rękoma. W ministerstwie edukacji i każdej odwiedzonej szkole też wisiały foty panów Castro. Ku mojemu zaskoczeniu w szkołach i urzędach wisiał też często obok Fidela, Hugo Savez.

Amerykanie to wróg numer 1. W Havanie każda armata jest skierowana na Majami. Nie ważne że nie strzela, niech choć straszy Amerykanów. Kubańczycy za karę sprzedają swoje cygara wszędzie, oprócz USA. Nie kupują też od Amerykanów coca coli. Wymyślili sobie swoją własną socjalistyczną “TUKOLA”. Wrogiem numer dwa są państwa demokratyczne, do których i Polska się zalicza. Na prośbę pomocy w uzyskaniu pozwolenia na prezentację w szkołach, Ambasada odpowiedziała, że właśnie z tego powodu nie może nam pomóc. Musieliśmy dać sobie radę sami.

Noclegi

Na Kubie nie mieliśmy noclegów. Nie mogliśmy ich mieć, bo tu nie ma internetu. Na couchsurfingu pokazują się wprawdzie pojedyncze propozycje hostów, ale na nasze zapytanie, nie uzyskaliśmy żadnej odpowiedzi. Postawiliśmy więc na Salezjanów, ale pierwszy spotkany kościół, w drodze z lotniska należał do Franciszkanów. Przyjęli nas serdecznie, częstując obiadem i z lodami (co dla dzieci było ważniejsze od dań głównych). Ojciec Dyrektor skontaktował się z Salezjanami i pomógł z transportem. Drzwi otworzył, nie pasujący do wizerunku młodych uśmiechniętych i obcujących z młodzieżą księży Salezjanów, wiekowy ksiądz staruszek. Jak to często jednak w życiu bywa, pozory bardzo nas zmyliły. Padre Carlo był świetnym, otwartym człowiekiem, w którym Wojtuś i Luśka od razu się zakochali.

Mieszkaliśmy w rozwalającym się kościółku w Havana Viecha, na przeciwo Capitolio. Lepszej miejscówki nie mogliśmy sobie wymarzyć. Dostaliśmy dwa małe pokoiki z piętrowymi łóżkami, łazienką i klimatyzacją. Do naszych pokoi szło się przez klimatyczny dziedzieniec i malutką kapliczkę, w której odprawiano nabożeństwa. Wieczorami dzieciaki służyły razem do mszy świętej a potem ksiądz nas zamykał na cztery spusty za żelaznymi kratami. Jeszcze nigdzie czuliśmy się tak niesamowicie bezpiecznie. Raz, odbiliśmy się nawet od tych zabezpieczeń, gdy chcieliśmy wyjść przed 7 rano. Musieliśmy wrócic do łóżek, bo parafia zaczynała życie o 8 rano, więc i my byliśmy zmuszeni razem z nią.

Czasami mijaliśmy w kapliczce zajęcia sportowe dla dzieci, zebranie róż różańcowych a innym razem rozstawiony obok ołtarza telewizor z kubańskimi bajkami. Dwa razy w tygodniu odbywało się tu spotkanie anonimowych alkoholików, z ktrymi obowiązkowo trzeba było wypić kawę. Teraz piszę te słowa, słuchając próby tworzącego się zespołu (na razie jednooosobowego) muzycznego z tradycyjnymi instrumentami.

Nie udało nam sie spać na Kubie u jakiejś rodziny w domu. W prawdzie tak zwanych “casa particulare” jest tu po kilka na każdej ulicy. Nie ma to jednak nic wspólnego z używanym przez nas couchsurfingiem. To miejscowy sposób na zarobek i obejście idiotycznego zakazu spania Kubańczykow w hotelach. Casa particulare to po prostu tańsze wersje hoteli, w których za 20-30 dolarów można znaleźć nocleg.

Ceny

Przylecieliśmy w piątek. Pierwszy weekend spędziliśmy na chłonieniu rzeczywistości. Jedliśmy pizze za 1,5 zł i piliśmy “refreski” za 10 groszy. Pamiętacie nasze saturatory? Refresca to coś podobnego, tylko sprzedawanego z okien mieszkań. Havanę można przejechać żółtą taksówką za18 zł a starym Lincolnem cabrio pojeżdzić po mieście przez 1,5 godziny, na 45 zl. Butelkę rumu kupuje się za 5 zł, karton 200 ml za 3 zł a cygaro za 10 groszy. Droższa od rumu jest woda w 1,5 litrowej butelce, bo zwykle kosztuje 4,5 zł. Dzieci szalały za minipączkami za 10 groszy. “Tatusiu, czy mogę pączka?” “tak, a ile kosztuje?” “1 peso nacjonalny, tato” “ok, weź z 15 sztuk, to zjemy wszyscy ☺”

Szkoła

Z prezentacją nie poszło tak łatwo, jakbyśmy tego oczekiwali. W kraju, w którym do dziś istnieją osiedlowe komitety polityczne, nie mogliśmy tak sobie oglądnąć szkoły. Konsul opowiadał nam, że niedawno został aresztowany w szpitalu, bo wszedł tam bez zezwolenia. Rodzina Castrów skutecznie oddziela niebezpieczny element antysocjalistyczny do kubańskich obywateli. Dyrektorka szkoły zadzwoniła do Ministerstwa i umówiła nas na spotkanie z dyrektorką Departamentu Edukacji. Ta odesłała nas do innego biura, gdzie spotkały się z nami dwie osoby. Opowiedzieliśmy o planowanej prezentacji dla dzieci i zostaliśmy odesłani do środy. Cierpliwość opłacała się. W piątek, przy oczywistej kontroli ministerialnej urzędniczki, mogliśmy wejść do szkoły. Wbrew opinii o powodzeniu naszej misji polskiej ambasady, zerowej pomocy Instytu Kubańskiego oraz nie dającym nam żadnych szans pytanym ludziom ekspresowo przeszliśmy z sukcesem biurokratyczną drogę. Bardzo nam pomógł otrzymany w Polsce (dzięki pomocy toruńskiego posła Macieja Wydrzyńskiego) polecający list od Ambasadora Kuby w Polsce oraz patronat Ministra Sportu i Turystyki, który otrzymaliśmy w języku angielskim, od Podsekretarz Stanu Katarzyny Sobierajskiej.

Varadero

Przyszliśmy na dworzec kolejowy z zamiarem pojechania do Santa Clara. Ze stolicy odjżdzał tam jednak tylko jeden pociąg dziennie, który na złość, przed dwoma godzinami wyjechał ze stacji. Ruszyliśmy PĘDEM NASZYM taxi 30-letnim zaporożcem na dworzec autobusowy. Tu też mieliśmy pecha, bo atobus miał wyjechać dopiero za 5 godzin. Podjeliśmy więć rodzinną naradę i zmieniliśmy plany. Wsiedliśmy do najbliższego autobusu (miejscowi autobusy nazywają “łała”) i ruszyliśmy do Varadero. Według przewodnikow njakpiększniejszej plaży na Kubie.

3,5 godziny podróży i wysiedliśmy praktycznie na plaży. Po 10 minutach spaceru z plecakami, stanęliśmy na piasku, na przepięknej karaibskiej plaży. Główne bagaże zostawiliśmy u księży w Havanie. Mieliśmy ze sobą tylko namioty, karimaty i śpiwory. Spanie zorganizowaliśmy szybko na plaży. Pozostał tylko problem posiłków, które w restuarcjach turystycznego Varadero były dość drogie. Z pomocą przyszli nam Luis i Francesco. Dwóch mieszkańców Varadero. Dwoch Kubańczyków z dwoma różnymi stosunkami do socjalistycznego systemu. Dzieliło ich wiele a łączyło jedno: miłość do rumu.

Franesco- czarnoskóry uśmiechnięty i zadowolony z życia alkoholik, był gotowy za setkę rumu zrobić wszystko. Luis- smutny mulat, ciekawy Polski i świata. Nie potrafiąc żyć w dołującym ludzi systemie, już 2 razy próbował uciekać z wyspy. Robił to na kajaku! Wyobrażacie sobie płynąć 150 mil kajakiem po Oceanie Atlantyckim? Jak bardzo trzeba być zdesperowanym, żeby postawić życie na szali… Przyłapany za każdym razem kończył “wycieczkę: z karą 5 tysięcy pesos, przy miesięcznych zarobkach na poziomie 200 pesos. Odwiedzał nas codziennie rano, częstując bananami z swojego ogrodu. Pokazywał dzieciom, jak obierać świerze migdały i rosnące na wielkim drzewie, kubańskie winogrona.

Na Francesca mogliśmy liczyć (my dorośli) przy drinkach. Tu wypiłem mój “drink-marzenie”. Uwaga, to nie było cuba libre, pina colada czy mohito. Zawsze chciałem spróbować w “stolicy rumu”, czysty rum z sokiem z kokosa. Dla Francesca nie stanowilo to żadnego problemu. Jego głównym stwoerdzeniem, ktĻre do nas kierował było: “no problem”. Dosłownie wbiegł na palmę, zrzucił 4 kokosy i po obraniu napełnił mi szklankę. Potem odbył krótką przebieżkę po lód i zostawił dalszą inicjatywę w moich rękach, czyli zakup rumu. Jak Kuba, to oczywiście tylko “Havana Club”. Smak? Niebo w gębie!!!

Chłopaki pokazali nam gdzie bezpiecznie na plaży rozbić namioty i poznali z kucharzem 24 godzinnej knajpki nad sam morzem. Tu dogadaliśmy szczegóły współpracy i za 2 CUC dziennie jedliśmy całą rodziną 3 świetne posiłki. Socjalizm ma swoje zasady: wszystko należy do wszystkich, więc nasz kucharz chętnie dzielił się z nami dobrem narodowym.

Varadero nocą

Na Kubie zabawa zaczyna się codziennie o godzinie 14. Choć często byliśmy świadkami “rum-owej” konsumpcji z samego rana. Raz w środę, jedząc obiad, czyli podgrzewane na grilu bułki z serem (za 10 groszy sztuka) znaleźliśmy się w samym środku imprezy. Rodzina barmana z pobliskiej knajpki przciągnęła nalewak do piwa z dwoma beczkami piwa. Nasz gościnny kuchadrz upichcił im pół świniaka. Ktoś przynióśł wzmacianacz z kolumnami a ktoś inny chleb i talerze. Wszystko było oczywiście “zorganizowane” a głównym sponsorem imprezy był Raul Castro. Muzykę jedynie czasami lekko przyciszano, gdy przejeżdżał policyjny radiowóz…

Havana

Po powrocie z Varadero wracaliśmy do naszego pokoiku, jakby do własnego domu. Wszyscy przyjęli nas serdecznie a szczególnie anonimowy alkoholicy. Obowiązkowa kawa przypięczętowała powrót. Havana czekała na nas. Polubiliśmy to miasto. Kilka razy stwierdziliśmy z Lizką, że możnaby tu żyć. Oglądaliśmy nawet mieszkania na sprzedaż. Niedawno Raul, po wycofaniu się brata Fidela z polityki, poluzował trochę Kubańczykom i pozwolił sprzedawać mieszkania. Niestety na razie nie mogą ich kupować obcokrajowcy. Szkoda, bo mimo, że bardzo zaniedbane i zniszczone nadal mają w sobie duszę.

Havana jest przepiękna. Wielkie place i wąskie uliczki. Pod warunkiem przymknięcia oczu na odpadające tynki, bród i zaniedbane ulice bardzo łatwo znajdziemy tu urokliwe zakamarki. Lubię góry, morze, las i naturę, ale lubię też architektórę. Podobała mi się Panama City z jej mieszanką nowoczesnych drapaczy chmur i kolonialnych zabudowań, ale Havana ma jeszcze inny klimat. Nadmorski Malecon jest niepowtarzalny. Można tu kupić mieszkanie (za 40 tysięcy dolarów) w centrum miasta, z oknami na morze. W Havana Viecha (starej Havanie) nie znajdziemy ani jednego estetycznego budynku, a my pozostawaliśmy zauroczeni jej klimatem.

TOP

Damas en blanco - Kobiety w bieli”. To żony internowanych ludzi, którzy po kilka lub kilkanaście lat przesiedzieli w politycznych więzienach.

Ksiądz przestrzegał nas, żebyśmy uważali podczas spotkania z nimi. Są zawsze otoczone funkcjonariuszami bezpieki i nieustannie inwigilowane. Podczas świąt państwowych często Castro aresztuje je, żeby nie zakłócały “wielkich rewolucyjnych wydarzeń”. Nie mogłem odpuścić.

Jak tu żyć panie Fidel, jak żyć?