O rany. Jestem na Kubie. To państwo było dla mnie zawsze zagadką. Z dzieciństwa pamiętam kubańskie pomarańczki, które gorzej smakowały niż afrykańskie. Z lat młodości pamiętam, jak zapominałem o świecie trzymając w ręku Cuba Libre. Z dorosłego życia pamiętam Fidela, rum i Hemingwaya.
Jak można było do dziś utrzymać utopijny socjalizm? Jak można tak zniewolić ludzi, żeby zaakceptowali idiotyczne ustalenia. Do niedawna Kobańczyk nie mógł sprzedać mieszkania i samochodu. Nie można mu było skorzystać z hotelu. Do dziś funcjonuje na Kubie nakaz pracy i darmowy posiłek dla każdego obywatela, dwie waluty i autobusy dla lokalnych i turystów. Jeszcze niedawno 12-letnie dzieci musiały rostawać się z rodzicami i wyjeżdżać do tzw. “Escuela del campo”, czyli “polnych szkół”. Tam, poddawane indoktrynacji, uczyły się i pracowały, odwiedzając dom rodzinny kilka razy w roku. O kolejnych dziwadłach dowiedziałem się już na miejscu.
A propo słynnego mafiosa, to przejeżdżaliśmy obok HOTEL NATIONAL- największego hotelu w Havanie, w którym on się bawił. Byliśmy w domu Fidela Castro i ulubionej kawiarni Hemingwaya. Codziennie przechodziliśmy obok Capitolio (trochę mniejszej repliki amerykańskiego kapitolu) i restauracji ZERO, które (ale chyba według Castro) leżą dokładnie na południku zero. To historia a teraźniejszość? Ta jest straszna. Sklepy puste, jak w socjalistycznej Polsce. Chyba nawet gorzej: jak w stalinowskiej Polsce. Na półkach stoją wiadra, puszki z konserwami i rum. Ten jest wszędzie. Wszystko jasne. Łatwiej ogłupiać naród, jak ludzie są pijani. Skąd ja to znam…
W centrum Havany, zaraz przy naszej parafii, można było kupić rum z beczki, w cenie 20 pesos za 0,75 litra. To jest mniej niż 3 złote!!! Przez cały dzień stała tam kolejka alkoholików, którzy napełniali sobie butelki po wodzie. Ale najstraszniejsze jest, to że w kolejce stał 10-letni chłopiec. Rum można kupić na Kubie dosłownie w każdym sklepie. Nie ważne czy to ciastkarnia, spożywczy, chemiczny czy stanowisko do czyszczenia butów. Gdy obywatel ma ochotę i pieniądze na alkohol, to trzeba mu go udostępnić.
Z pozoru świetna zabawa, tak naprawdę jest sposobem na przeżycie. Pasuje jednym i drugim. Rządzący upijają naród, bo łatwiej takimi ludźmi sterować. Obywatele zapominają przy kieliszku taniego rumu o kłopotach. Smutek i przygnębienie łatwiej przespać po pijanemu.
Dziwny jest ten kubański socjalizm. Pamiętam polskie szare ulice i ubrania. Tu ludzie chodzą w złocie, kolorowych bluzkach i mają dotykowe telefony. Moje dzieci pytają mnie: “tato, oni chyba nie mają tak źle?” Musimy jednak wziąść pod uwagę, że ten współczesny kubański socjalizm trwa 25 lat po śmierci naszego. Pomoc, która napływa oficjalnymi przekazami pieniężnymi do kubańskich rodzin wyceniana jest przez Bank Światowy na 25 miliardów dolarów. Dopływ gotówki na wyspę poprzez czarny rynek również tej kwoty. To znaczy, że rocznie 50 mld. dolarów zasila domowe budżety. Realia są takie, że średnia płaca kubańskiego pracownika nie przekracza 17 dolarów.
Totalnie zniszczone i obdrapane kamienice są wszędzie. Można powiedzieć, że Havana się sypie. Nie ważne gdzie popatrzymy: na budynki przed Capitolio, na Malecom- główną ulicę nad morzem, czy Plaza Revolutione- tu wszystko się rozwala. W stolicy nie spotkaliśmy ani jednej ładnej, świeżo pomalowanej kamienicy. Ludzie mieszkają w małych 4 lub 6 metrowych ciemnych norach, bez okien. Byłem w kilku mieszkaniach i wszystkie wyglądały tak samo. Poprzerabiane z dużych lokali, żeby “obsłużyć” jak największą liczbę osób.
Biedzie często towarzyszy bród. Tu wszystko jest brudne i wygląda, jakby było w trakcie remontu. Rusztowania na niektórych budynkach stoją tak długo, że zarosły nie tylko bluszczem, ale i drzewami... Klatki schodowe straszą plątaniną elektrycznych kabli a okna są zabijane deskami. Budynki wyglądają, jakby to były nory dla alkoholików. Fidel próbuje sprzątać, ale jak utrzymać czystość jak pracujący za grosze ludzie, trą podłogi szmatami bez detergentów. Chemię trzeba przecież zanieść do domu, bo w sklepie nie można jej kupić...