W Tanzanii nie mieliśmy żadnych kontaktów. Kompletnie nic. Pojechaliśmy totalnie na pałę, zdając się na szczęście. Żadnych kontaktów i wielkie plany: na Kilimanjaro i safari. Z Lusaki jechaliśmy 21 godzin i pobijając rekord podróży, wysiedliśmy wreszcie z busa na przejściu pomiędzy Zambią i Tanzania. Granicę przekroczyliśmy na piechotę i rozpoczęliśmy przygodę w 6 państwie Afryki.
Do Dar es Salaam nie znaleźliśmy żadnych bezpośrednich połączeń z granicy. Wsiedliśmy więc do małego busika, który jechał do pierwszego większego miasta. Mbay okazało się zupełnie inne od poprzednich afrykańskich miast. Na ulicach o wiele porządniej, niż w Zambii i pomimo późnej pory, całkiem bezpiecznie. Największą jednak różnicą był indyjski charakter miasta. Dużo Hindusów, riksz i hinduskich sklepów. My jednak nic nie zwiedzaliśmy, tylko pognaliśmy do katolickiego kościoła z pytaniem o nocleg. Tego miasta w planach nie było a musieliśmy zostać tu na noc, bo autobusy nad ocean odjeżdżały tylko rankami. Ksiądz Hindus przyjął nas z uśmiechem, poczęstował kolacją i pozwolił się przespać.
Następnego dnia wstaliśmy z samego rana i przed 6,00 siedzieliśmy w nowiutkim chińskim autokarze. Jak kupowałem bilet sprzedawca zachwalał, że w jego biurze jeżdżą nowe chińskie pojazdy. Dzieci szalały z radości, bo miały za sobą kilkunasto godzinne przejażdżki zdezelowaną zambijską flotą. Autokar był faktycznie nowy i co okazało się naszym przekleństwem, miał też nowe głośniki… Przez całą podróż faszerowano nas lokalną muzą z pogranicza pseudoreligijnych przyśpiewek i murzyńskich piosenek o miłości. Autokar miał jeszcze jeden mankament: był zbudowany dla Chińczyków, albo raczej dla chińskich dzieci. Nie mogłem w nim usiąść prosto. Miałem za mało miejsca na nogi i przez 14 godzin jazdy siedziałem z skręconymi w prawo, albo w lewo członkami, żałując, że nie nie jestem ośmiornicą.
Nowy chiński autobus przegrał z afrykańskimi dziurami i do Dar es Salaam dojechaliśmy z 3 godzinnym, czyli normalnym, jak na Afrykę spóźnieniem. Wielki dworzec i setki ludzi (w tym 30 rozkrzyczanych taksówkarzy) przywitało nas w największym mieście Tanzanii. Twardo odmawialiśmy wszystkim zbijając cenę o 400%. Gdy uznałem, że zbliżyła sie do normalności (czyli wyniosła 15 zł) wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy do Salezjanów. Nie mieliśmy adresu a jedynie informację z internetu, że są tu na pewno. Faktycznie, 20 minut później rozmawialiśmy z proboszczem o naszej wyprawie. Odmówił. Miał 6 wolontariuszy z Niemiec, ale nie zostawił rodzinki na ulicy. Zawiózł nas do siedziby inspektorii a tam czekał już ksiądz z Indii oraz miejscowy Tanzańczyk.
3 dni podróży w 38 stopniach gorąca dało się nam wszystkim we znaki. Luśka zasypiała na stojąco, ale ksiądz Tanzańczyk wsadził wszystkich do samochodu i zawiózł do restauracji. “Musicie spróbować naszego jedzenia. Ja jutro nie mam czasu, więc zrobimy to od razu dziś.” – zakomunikował.
Luśka nie doczekała nawet zamówienia. Zasnęła na stole i przetransportowana do auta, spędziła całą kolację na tylnim siedzeniu. My zjedliśmy zupę z owocami morza i wypiliśmy po piwie “Kilimanjaro”. To była zapowiedź przyszłego wspinania się na ten afrykański wulkan.
Planowaliśmy spać do 10, ale już o 7 rano zbudził nas ksiądz i zabrał na słówko do szkoły. W każdej salezjańskiej placówce jest zwyczaj codziennych spotkań całej szkoły z nauczycielami, aby dać dzieciom ideę na cały dzień. Pamiętam, jak ostatniego dnia wyjazdu zostaliśmy zaproszeni przez dyrektora Mariusza do szkoły Wojtka w Toruniu. Popołudnie spędziliśmy na plaży. Drugi raz w tej wyprawie kąpaliśmy się w oceanie Indyjskim. Drugi raz też woda miała temperaturę zupy. Zimniej było na zewnątrz, niż w wodzie. Na piasku człowiek parzył się w 40 stopniach a w wodzie nie było żadnego ochłodzenia.
Wieczorem przeglądając mapę Tanzanii wymyśleliśmy sobie Zanzibar. “Skoro to jest tak blisko, to jedziemy” – zadecydowała Lizka. Tu znów nie mieliśmy żadnych kontaktów. “A co tam, najwyżej rozbijemy namiot na plaży.” – dodała Luśka, która jeszcze kilka miesięcy temy nie lubiła spania w namiotach. Coś w rodzaju katamarana albo wodolotu o nazwie “Kilimanjaro” zawiozło nas następnego dnia na wyspę, dosłownie w 45 minut. Znów Kilimanjaro!!! Ta nazwa Kilimanjaro miała nas “prześladować” przez cały pobyt w Tanzanii. Tak nazywają się tu firmy i woda, chleb, sok oraz setki innych produktów.
W moim spisie telefonów znalazłem numer pana Marka, który kilka lat temu proponował mi pracę w hotelu w Afryce. “Dzień dobry, nazywam się Wojciech Łopaciński, pan mnie pewnie nie pamięta…” – zacząłem niepewnie, a pan Marek przerwał i powiedział, że doskonale pamięta i że jest właśnie w Afryce. Hmmmm, coś tu było nie tak. Jak mógł mnie pamiętać po kilku latach... Nie traciłem czasu na rozważania, ale w głowie coś mi nie pasowało. Umówiliśmy się na kawę, ale gdy przyjechaliśmy, Lizka i mały Wojtek przywitali się z nim, jak z dobrym znajomym. Teraz byłem już pewien, że brakuje mi klocka w układance. Przecież nikt z nich nie mógł go znać. Okazało się, że gdy w Chile Wojtek poszedł na pustynie Atacama oglądać w nocy gwiazdy, spotkał tam grupę Polaków. Jednym z nich był pan Marek, ale to jeszcze nie koniec. Niesamowitym zbiegiem okoliczności godzinę później przyjechał z lotniska kolejny miłośnk chilijskich pustyń. Jak to się stało, że wszyscy spotkaliśmy w tym dniu na Zanzibarze będzie już zawsze jakąś tajemnicą, wpisującą się w niesamowitość tej podróży.
Pan Marek zaoferował nam gościnę w swoim hotelu. Jeszcze takich luksusów, jak w Zanziresort, nie mieliśmy w tej podróży! Basen, ocean, kajaki, statek z kapitanem Simbą , siłownia, super restauracja i przemiły dyrektor hotelu z żoną, którzy zabrali nas kolacje do stolicy Zanzibaru, Stone Town. Miłosz i Magda zorganizowali nam polski wieczór z tanzańskim jedzeniem i włoskimi winami. Wspominaliśmy go cały następny dzień.... Ojojoj, kac przy 40 stopniach zanzibarskiego słońca to masakra. Teraz to już wiemy dokładnie ☺