San Jose, stolica Kostaryki przeszła nasze wyobrażenia. O rany, jak miasto w Ameryce Łacińskiej może być tak dobrze zorganizowane, nowoczesne i czyste… Na ulicach nie ma papierów. Ludzie są dobrze ubrani i jeżdżą nowymi autobusami europejskich oraz koreańskich fim. Autobusy zatrzymują się tylko na przystankach a pasażerowie ustawiają się w uporządkowane kolejki i grzecznie wsiadają do pojazdów. Normalnie szok!
Od Meksyku po Nikaraguę żaden kierowca nie przejmował się przystankami, które często były umownymi punktami na ulicy. Każdy, kto chciał wsiąść do autobusu, podnosił rękę a pojazd zatrzymywał się. Autobusy mialy po 30 lat i jazda z nimi była ciągłym stresem, czy dojadą i nie rozsypią się. A tu są nowe pojazdy. Hmmm, jak to możliwe…
Widzieliśmy nawet pociąg!!! Tak, tak. To nie lada przeżycie, zobaczyć po 70 dniach pociąg osobowy. Chodząc po mieście, wystraszyło nas nagłe buczenie. Odwracamy się, a tu pociąg! To pierwsze wagony osobowe, które zobaczyliśmy w Ameryce. Nie mogłem nie wskoczyć choć na chwilę, żeby nie przejechać się wreszcie koleją.
Takich “szoków” przeżyliśmy jeszcze kilka. Dwóch Polaków było tu wiceprezydentami państwa, i to zaledwie kilka lat temu. Panowie Fishman i Liberman do dziś sprawują ważne funkcje w Republice Kostaryki. Inny nasz rodak , Cristobal Zawaski, piastował funkcję prezesa Banku Narodowego Kostaryki a potem ministra budownictwa. Johny Saurez Sandi, jeszcze inny Polak był ministrem budownictwa. Goszczący nasz Julio mówił, że Polacy są w Kostaryce bardzo szanowani i jest ich naprawdę wielu. Często należą do najwyższych warst w obywateli, tworząc elitę Kostaryki. Julio pracuje w państwowym biurze wyborczym, w którym mogą pracować tylko osoby najwyższego zaufania społecznego.
Julio ma mi podesłać wiecęcej informacji o tutejszycvh Polakach, więc wrócę do tego tematu. On też ma swoje polskie doświadczenia. 25 lat temu studiował w Warszawie. Pięciu jego kuzynów zdobyło tutuł magistra również w Polsce. Mówią dobrze po polsku i mają żony z naszego kraju. To mnie wcale nie dziwi, w końcu najwięcej witamin mają polskie dziewczyny.
San Jose trzęsie się każdego dnia. Sejsmografy odnotowywują codziennie około 30 drgań z których człowiek odczuwa 5 lub 6. Każdy ma przygotowaną latarkę, bo w trakcie trzęsień państwo wyłącza elektryczność, czego i my doświadczyliśmy, gotując kolację dla rodziny Julia hahha. Wszyscy musieli trochę dłużej poczekać, ale przyzwyczajeni do luźnego traktowania czasu, nic sobie z tego nie robili. Smak mojego spaghetti wynagrodził wszystkim opóźnienie ☺
79 letnia signora Irma, mama Julia jest czystą “Crioya”. Jej ojciec był Hiszpanem a matka czystej krwi, Indyjką. Irma jest przedstawicielką umierającej już części tego społeczeństwa, która osobiście dotknęła czasów kolonialnych. Jej dom to historia. Pokazywała nam 100 letnie, ręcznie ozdabiane, szklanki, zdjęcia, meble i inne “fragmenty” jej życia. Gdy spędzaliśmy z Irmą czas, czułem się jak w museum, jak na spotkaniu z żywą historią. Opowiadała nam o swojej rodzinie, o życiu i o swoich przygodach. Jej uśmiech, otwartość, witalność przewyższała wielu młodych ludzi.
Ona kocha życie. Wieczorem, gdy z Juliem popijaliśmy guaro, Irma nalewała sobie kieliszeczek Baileys z na lodzie i przysiadała się do nas. Znam kilku 60 i 70 latków w Polsce, którzy spędzają całe dnie przed telewizorem i mówią, że to tylko im już zostało. Irma jest ich odwotnością.
Jednego dnia wybraliśmy z Irmą do Cartago, położonego 40 kilometrów od stolicy. Miasto przypomina naszą Częstochowę, bo ma Sankturium Santa Virgin del Angel. To najważniejsza Maryjna bazylika w Kostaryce. Wróciliśmy do domu po godzinie 20 i Irma na spokojnie zjadłą z nami spaghetti a potem nalała sobie naparstek ulubionego likieru. Trzy dni w San Jose upłynęły nam na spokojnych spacerach i poznawaniu miasta. Wieczorami siadaliśmy z Juliem i jego rodziną do kolacji, rozmawialiśmy o życiu pijając guaro, tradycyjny napój z trzciny cukrowej.
Bardzo nam pomógł kuzyn Julia, który jest szefem komitetu szkolnego i okręgu harcerskiego w San Jose. Dzięki jego pomocy odwiedziliśmy zarząd główny harcerstwa Kostaryki i przeprowadziliśmy prezentację w szkole podstawowej, a nie było łatwo. Nasza 10 konferencja miała swoje kłopoty. Tym razem dyrektor nie był zainteresowany prezentacją i nie zgodził się na przerwanie lekcji większej ilości dzieci. Prezentację przeprowadziliśmy więc w bibliotece dla 50 dzieci.
Odwiedziliśmy też inną szkołę, która była najlepszą w Kostaryce szkołą podstawową dla dziewcząt. Placówka założona w 1855 roku jest najstarszą szkołą żeńską w kraju. Zapraszam na relację w blogu “Szkoły świata” i dodaję, że Wojtek zrobił tam furorę… Dziś skończyły nam się pierniki do częstowania a ostatnie historyczne sztuki upadły na ziemię i połamały się. Kolejne prezentacje będą musiały odbyć się bez toruńskich słodkości.
Ostrzeżenia spotkanych backpakersów o wysokoch cenach okazały się niestety prawdziwe. Kostaryka jest dość drogim państwem. Zdecydowanie najdroższym, z dotychczas przez nas odwiedzonych. Stołujemy się jak zawsze, w najtańszych jadłodajniach a mimo to, zaczęliśmy sięgać do portfela o wiele częściej. Na kolację dla całej rodziny trzeba tu wydać koło 100zł, więc mniej więcej jak w Polsce. Teraz to się cieszę, że na granicy wbili nam 10 dniową wizę…
W ciągu dnia stołowaliśmy się na starym, z 1880 roku rynku- MERCADO CENTRAL. Uwielbiamy takie klimaty. Stoiska, zapachy, lokalne smaki. Istne cudo!
W San Jose wydarzyło nam się jeszce coś fajnego! Znaleźliśmy dobrą cenę na bilety lotnicze na Kubę. 5 września wylatujemy do Havany. Z San Jose jedziemy dziś busem do Golfito, przy panamskiej granicy. Potem chcemy spędzić kilka dni na prywatnej wyspie u gościa z couchsurfingu i przyjechać do Panamy, stolicy Panamy, z której mamy wylot na Kobę za 2 tygodnie.