Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat







© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 28.08.2014 - 05.09.2014 Panama / Sieyik- na audiencji u króla indian NASO

Sieyik- na audiencji u króla Indian NASO, Reinaldo Alexi Santana Torresa

Po 6-godzinnej podróży z dotkniętego tragedią powodzi Cerro Punta dotarliśmy do Chianguinola w prowincji Bocas del Torro. Jazda była była parszywa, bo musieliśmy okrążyć dwa górskie rezerwaty przyrody. Przez całą drogę wspinaliśmy się górskimi serpentynami lub zjeżdżaliśmy w dół.

Nie mając, i w tym mieście, żadnych noclegów skierowaliśmy się do kościoła. Padre Roberto nie był może tak wylewny i otwarty, jak przesympatyczni Francesco i Augostino z Kostaryki, ale równie sutecznie nam pomógł. Dostaliśmy na jedną noc salę katechetyczną z popsutą łazienką i brakiem możliwości wyjścia na zewnątrz. Dziewczyny, po zapoznaniu się z wielkimi jak palec karaluchami-naszymi współmieszkańcami- rozgościły się na ławkach a my z Wojtasem twardo zasnęliśmy na ziemi. Wszyscy nie mogliśmy się doczekać ranka i spotkania z królem indian NASO.

W Chcianguinola złapaliśmy busa do Silencio a potem kolejnego, do Bonyik. To pierwsza z 12 wiosek miejscowych indian. Wszystkie znajdują się wzdłuż świętej dla nich rzeki Teribe. W języku NASO rzeka nazywa się “Tjerdi”, co jest połączeniem wyrazów “tjer”-babcia i “di”- woda. Hiszpanie w czasie konkwisty, nie umiejąc wymówic poprawnie nazwy, zmienili ją na Teribe.

Woda daje indianom wyżywienie i kontakt ze światem. Do większości z wiosek można dotrzeć tylko łódką. Płynąc do Sieyik mijaliśmy bambusowe tratwy, które wypełnione towarem spływały w dół rzeki. Ruch “osobowy” odbywa się małymi, drewnianymi czułnami, napędzanymi silnikami spalinowymi. Woda górskiego potoku jest jednk miejscami tak płytka i rwąca, że trzeba sobie radzić bambusowymi kijami, którymi odpycha się od kamieni na dnie. Wydrążone z jednego kawałka drzewa małe czułna przeciekają. Pod koniec naszego kursu, podłoga łódki była pełna wody.

Wynajęliśmy takę łódź, zapakowaliśmy dzieci i plecaki i po skorygowaniu absurdalnej stawki (z 75 na 30 dolarów) ruszyliśmy w górę rzeki. W półtorej godziny dopłynęliśmy do stolicy, gdzie miał się znajdować pałac królewski. Sieyik nie przypomina w niczym żadnej znanej mi stolicy. Podobne jest raczej do jakiejś biednej polskiej wsi. Około 50 drewnianych domów porozrzucanuch jest bez pomysłu i z pewnością, żadnego planu wokół rzeki i królewskiego pałacu.

NASO mieszkają bardzo skromnie. Drewniane domy wybudowane są a palach, żeby chronić przed dzikimi zwierzętmi i żywiołem. Dolne izby domów są miejscem spotkań całej rodziny a na piętrze znajduje się miejsce do spania. Większość indian NASO nie ma łóżek i śpi na hamakach. Nie mają też żadnych mebli w domach, tylko w kuchni znajduje się prosta ława z taboretami. Nie mają też elektryczności. Życie na wsi zamiera po 18, kiedy robi się ciemno. Bogatsi mieszkańcy zaopatrzyli się w agregatory i na swoje potrzeby generują trochę elektryczności. Wykorzystywana jest ona jednak w celach zrobkowych, gdy trzeba naprawić łódź lub wyrzeźbić tradycyjną maskę. Podstawowe domowe aktywności nie wymagają elektryczności. Nie ma tu telewizorów. Gotowanie odbywa się na palenisku a pranie kobiety zanoszą nad rzekę.

Po oficjalnym przedstawieniu naszej rodziny otrzymałem od reprezententa społeczności, zgodę na rozłożenie namiotów pod strzechą, na głównym placu. Reprezentant obiecał pomóc w zorganizowaniu spotkania z królem i znalezieniu rodziny, która by nam gotowała. Poprosił jedynie o kilka minut oczekiwania na konsulatcje. Siedliśmy około godziny 13 przy naszych plecakach i o godzinie … 17 przyszedł do nas reprezentant. Poczucie czasu u indian różni się zdecydowanie od europejskiego. Kiedyś podczas spaceru pomiędzy wioskami Sieyik i Sieykin spotkaliśmy przemiłego pana, który powiedział, że wraca do domu i chętnie nam przez chwilę potowarzyszy. W drodze zostaliśmy zaproszeni na obiad przez mijaną po drodze rodzinę a pan czekał na nas dwie godziny. Potem spędziliśmy kolejne 2 godziny na kąpieli w rzece a pan dalej spokojnie na nas czekał. Po spędzeniu z nami połowy dnia przedstawił nas swojej rodzinie i odprowadził do namiotów.

Król Reinaldo Alexi Santana Torres

Każdego ranka przychodził do nas reprezentant i pytał czy wszystko w pożądku. My odpowidaliśmy pytaniem o króla, który miał tu swój pałac reprezentacyjny. Mieszkał w innej wiosce położonej pod samą granicą z Kostaryką i stąd brak jego codziennej obecności w pałacu. Wreszcie po 3 dniach oczekiwania zostaliśmy zaproszeni do jego wysokości. Król Reinaldo Alexi Santana Torres jest ostatnim monarchą tubylczej Ameryki. Nigdzie więcej nie przetrwało królestwo a inne grupy amerykańskich indian kierowane są przez rady plemienne.

Król indian NASO wybierany jest przez starszyznę 12 wiosek. Kandydatami na monarchę mogą być tylko członkowie rodziny Santana, która jest uważana przez wszystkich, jako jedyna godna tego zaszczytu. Król nie ma określonego czasu sprawowania władzy. Kiedyś pełnił tą funkcję dozgonnie i cieszył się niepodważalną władzą. Po 550 latach istnienia królestwa i tu powoli następują zmiany. Król może stracić władzę. Poprzednik Reinaldo Alexi Santany został odwołany, bo nie mieszkał z swoimi indianami i nie zajmował się ich sprawami.

System polityczny państwa nie jest bardzo skomplikowany. Nie ma jednak określonego aktu prawnego, który jasno opisywałby rolę monarchy. Stąd jedni twierdzą, że pełni on jedynie funkcję reprezentacyjną a inni widzą w nim realnego przywódcę 5 tysięcy indian. Zdecydowana postawa sprzeciwu obecnego króla wobec państwowej polityki budowy tam wodnych na rzekach Teribe i Chianguinola, wzmacniła ostatnio jego pozycję. Władza jest pełniona poprzez dwóch wicekróli, również członków monarszej rodziny Santana. Pierwszym wicekrólem jest Ardinteo Santana Torres a drugim: 17 letni Daniel Santana Sanches, którego również mieliśmy przyjemność poznać podczas kolejnej prywatnej audiencji. W każdej z 12 wiosek król ma swojego reprezentanta. To on przekazuje lokalnej społeczności królewskie decyzje i informuje króla o bieżących problemach. Raz w miesięcu król zwołuje naradę ze swoimi dwunastoma reprezentantami.

Król niechętnie zgadza się na spotkania z obcokrajowcami i wspólne fotografie. W internecie trudno jest znaleźć zdjęcie obecnego monarchy. Nasza wizyta “z dziećmi do dzieci” skłoniła go do zrobienia wyjątku i spotkania się z nami.

Na audiencji u króla

Podczas spotkania siedzi tylko król. Zasiada na specjalnym tronie, zrobionym z wiklinowych gałązek z ptasimi zdobieniami. Podczas godzinnej audiencji pozwolono wyjątkowo usiąść Lizce i dzieciom. Król Reinaldo Alexi Santana Torres jest 33 letnim, żonatym i wykształconym mężczyzną. Jest otwartym człowiekiem i nie miał nic przeciwko temu, że Lusia swoim zwyczajem uznała w połowie audiencji, że teraz ma ochotę przytulić się do niego. Wziął ja na kolana i dalej tak z nami rozmawiał.

Król sprawuje swoją funkcję od ponad 2 lat i szczerze wierzy w rozwój społeczności indoan NASO. Jest świadom wyzwań i pilnych potrzeb, z których najpilniejszą jest prawne usankcjonowanie terytorium. Pośród siedmiu panamskiech grup etnicznych tylko NASO i BRI BRI nie mają pełnej autonomii. Taka sytuacja powoduje utrudnienia w zarządzaniu społecznością i obronie niezależności.

W wioskach działają szkoły podstawowe, ale po ich zakończeniu mało dzieci kontynuje naukę. Rodzice wolą wykorzystać je, jako tanią siłę roboczą. W całej Panamie 50 tysięcy dzieci pracuje, zamiast chodzić do szkoły. U Indian NASO edukacja jest jedną z podstawowych bolączek króla. Brak prądu utrudnia dostęp do komputerów i informacji. Gdy podczas naszej prezentacji w szkole zapytaliśmy, jak się nazywa stolica Panamy, żadne dziecko nie potrafiło nam odpowiedzieć na to pytanie.

Nieliczna grupa dzieci, która kończy studia w dużych miastach nie chce już wracać do drewnianych chat swoich rodziców. Król chce jednak tych wykształconych ludzi zciągnąć z powrotem do ich społeczności. Stara się powołać organizację chroniącą lokalną kulturę, język, tradycyjną gastronomię i ubiór. Ma plan zorganizowania lokalnego uniwersytetu na ziemiach NASO. Do tego potrzebuje właśnie zastępów mądrych współpracowników.

A jest co chronić i o co walczyć. Spotkane przez nas krajobrazy zgodnie zaliczyliśmy do najpiękniejszych. Dosłownie na wyciągnięcie ręki rosną pomarańcze, limonki, kokosy, papaie, banany, kakao i wielkie panfruit, które codziennie tu jedliśmy. Każda polana, każdy zakręt czy góra była magiczna i inna od pozostałych. Obcowanie z tymi ludźmi było dla mnie największym dotychczasowym doświadczeniem w tej wyprawie.

Ostatniego dnia spotkaliśmy się w lokalnej szkole podstawowej z indiańskimi dziećmi. Nie było prądu, bo skończyła się benzyna w agregatorze, więc nie mogliśmy użyć naszego laptopa i rzutnika. Szkoda, bo niektóre dzieci zobaczyły by może pierwszy raz w życiu dziecięcą bajkę. Opowiedzieliśmy więc bez zdjęć o Polsce i Toruniu i rozdaliśmy kupione wcześniej drobne niespodzianki. Życząc królowi powodzenia odpłynęliśmy małym czułnem do Chianguinola, skąd na dworcu autobusowym wzieliśmy 12 godzinny kurs na miasto Panamę.

TOP

Król indian NASO wybierany jest przez starszyznę 12 wiosek. Kandydatami na monarchę mogą być tylko członkowie rodziny Santana, która jest uważana przez wszystkich, jako jedyna godna tego zaszczytu. Król nie ma określonego czasu sprawowania władzy. Kiedyś pełnił tą funkcję dozgonnie i cieszył się niepodważalną władzą. Po 550 latach istnienia królestwa i tu powoli następują zmiany. Król może stracić władzę. Poprzednik Reinaldo Alexi Santany został odwołany, bo nie mieszkał z swoimi indianami i nie zajmował się ich sprawami.

Sieyik- na audiencji u króla indian NASO