W Paragwaju spędziliśmy kilka godzin i w dodatku w niefortunnym momencie, bo podczas sjesty. Restauracje są czynne w godzinch obiadowych a potem przez całe popołudnie stoją zamknięte do wieczora. Wtedy właśnie przyjechaliśmy do małej miejscowości Ciudad del Este na styku 3 granic. Tu spotyka się Brazylia, Argentyna i Paragwaj.
Nasz doradca turystyczny do spraw rejonu wodospadów Iguazú, padre Sylwan w drugim dniu pobytu wysłał nas do Paragwaju. Jadąc z Argentyny trzeba przejechać przez brazylijskie miasto Foz do Iguaçu. Dziwna sytuacja, bo czujni na pieczątki wyjazdowe przypilnowaliśmy podbicie paszportów po argentyńskiej stronie a potem autobus przejechał przez kolejną granicę i to nawet zbytnio nie zwalniając. W panice pobiegłem do kierowcy, tłumacząc mu, że nie mogę nie mieć pieczątki, bo będę miał kłopoty z naszym powrotem do Argentyny. A on mi na to, że jestem w Brazylii.
“Jak to w Brazylii??? – zdziwiłem się - przecież przed chwilą wyjechaliśmy z Argentyny. Zaraz, zaraz, a może ja wsiadłem do złego busa?” – pomyślałem. “Gdzie jedzie ten autobus?” – zapytałem kierowcy. “Jedziemy do Paragwaju, ale musimy przejechać przez Foz do Iguaçu”.
Teraz dopiero wszystko załapałem. Dziś więc będziemy w 3 państwach. Ciudad del Este jest paragwajskim granicznym miastem, w którym kwitnie handel. Sprzedaje się i kupuje tu praktycznie wszystko. Szybko się o tym przekonałem, gdy dosłownie 10 metrów za granicą jakiś człowiek wcisnął mi w rękę kwadratową kostkę. “Co to jest” – zapytałem. “haszisz” – usłyszałem. Zatkało mnie, ale zaraz otrzeźwiałem natychmiast oddałem facetowi jego towar. “Ale dlaczego nie chcesz, dam ci bardzo dobrą cenę!” - krzyczał za mną jeszcze parę minut, zdziwiony, że nie jestem zainteresowany super ofertą...
Ciudad del Este wygląda jak Sajgon. To znaczy, ja nie wiem, jak jest w Sajgonie, ale wyobrażam sobie, że tam wszystko stoi na głowie. Tu właśnie tak jest. Rozkopane ulice, tysiące ludzi i każdy z wielką torbą zakupów. Argentyńczycy i Brazylijczycy korzystają z małej odległości i niższych cen w Paragwaju. Kupują wszystko. Od pościeli, po węże do podlewania ogrodu, opony i komputery. Na zwykłym straganie możesz kupić najnowszy model Appla czy Lenovo. Biznes się kręci kadego dnia.
Nam się też udzieliło i Wojtek, wykorzystując pieniądze od dziadka kupił sobie kompaktowy aparat fotograficzny i w drodze powrotnej zdążył cyknąć z 200 zdjęć. Wyjechaliśmy z mieszanymi uczuciami, czy warto było tracić cały dzień na tą wycieczkę. Dzieci pierwszy raz zobaczyły motorowe taksówki. Widziały jak zakłada się kask i odjeżdża z kierowcą pod wskazany adres. Wojtkowi spodobał się ochroniarz, który siedział sobie przed kasynem z bronią na kolanach i pił argentyńską herbatkę yerba mate oraz ruchoma restauracja na motorze. Poza tym niezbyt dużo poznaliśmy, ale z drugiej strony żal było nie jechać, gdy Paragwaj był dosłownie na wyciągnięcie ręki. Pierwszego dnia pobytu u Padre Sylwana kąpaliśmy się w rzece Paraná, której brzegi należały do Argentyny i Paragwaju. Pływaliśmy i patrzyliśmy na to kolejne państwo naszej wyprawy a dziś byliśmy w nim kilka godzin.