Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat








© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 03.11.2014 - 21.11.2014 Boliwia / Huayna Potosí - nasz pierwszy wspólny 6-tysięcznik

Kolejny 6-tysięcznik na trasie naszej wyprawy dookoła świata. Dokładnie 6.088 metrów n.p.m., czyli nowy mój rekord i super przeżycie. Ale nie o wysokość tym razem chodziło. Góra Huayna Potosí jest przecież zaledwie o … 4 metry wyższa od Chachani - mojego peruwiańskiego wulkanu sprzed miesiąca.

Idę z Wojtkiem!!!

Jej wyjątkowość tkwi w tym, że przekracza się lodowiec, na którym pierwszy raz w życiu uczyłem się wysokogórskiej wspinaczki. Było jeszcze coś ważnego. Nad ranem zdecydował się towarzyszyć mi Wojtuś. Ojciec i syn wspólnie mieli wejść na szczyt. 12 letni junior był najmłodszym w tym roku śmiałkiem, który postanowił zmierzyć się z bestią.

Ekspedycja trwała 3 dni. Rano pożegnaliśmy nasze dziewczyny i ruszyliśmy w góry. Wszystko zaczęło się do wyboru wyposażenia: raki (czyli kolce na buty), buty wspinaczkowe, śnieżne ochraniacze na łydki, kurtka, czekan, pas na liny, kask i rękawice. “Hmmm, za lekkie to nie jest a przed nami niezły spacerek” - pomyślałem. Gdy całość tego ekwipunku założyliśmy na siebie Wojtasowi też zrzedła mina. Twardo udawał, że da radę. Ja też nie dałem po sobie poznać, przerażenia faktem czekającego mnie dźwigania na plecach wyposażenia dla … 2 osób.

Łatwo nie będzie...

Strach jeszcze bardziej zaczął nas nękać, gdy po 3 godzinnej przejażdżce przez bezdroża Cordillera Real de los Andes zobaczyliśmy czekającego na nas kolosa. Andy to najdłuższe pasmo górskie świata. Rozciąga się na ponad 7 tysięcy kilometrów wzdłuż zachodniego wybrzeża całej Ameryki Południowej, od Kolumbii, aż po Argentynę i Chile. To tu można spotkać najwyższe wulkany świata i najpiękniejsze wzniesienia Ameryki. To tu wreszcie znajduje się nawyżsa góra kontynentu: argentyńska Aconcagua, 6.960 metrów – …. moje kolejne wyzwanie?

Huayna Potosí, czyli “Młoda góra” budzi respekt. Zaśnieżony i często schowany w chmurach wierzchołek jest prawie pionowy! Chcąc tam dotrzeć trzeba przedrzeć się przez Glaciar Viejo – stary lodowiec. Jest stary, potężny i mimo, że jego dni naukowcy wyliczyli na 15 lat jest nadal bardzo niebezpieczny. Globalne ocieplenie powoduje, że Glaciar Viejo kurczy się każdego roku o 22 metry a w pozostałej warstwie lodu tworzy kominy. Brnąc przez mieszaninę skamieniałego lodu i śniegu co chwila trafia się na wielkie, kilku i kilkunastometrowe dziury, lodowe jaskinie, podwodne rzeki i śnieżne zapadliny.

Bałem się, czy Wojtek da radę. Chciałem pokazać mu, że prawdziwy sukces rodzi się w poświęceniu. Chciałem, żeby sam przeżył swoje własne pierwsze zwycięstwo w bólu i zmęczeniu. Wielu pewnie, puknęłoby się w czoło i zostawiło syna w domu. Takich “mądrych” doradców spotykałem całą masę jeszcze przed wyjazdem na wyprawę. “Zostawiasz taką świetną pracę? Masz tyle osiągnięć i chcesz to wszystko stracić? Zabierasz dzieciom szkołę na rok, zwariowaleś?”. Hmmm, chyba tak. Zwariowałem. Nawet teraz, już w trakcie wyprawy, podczas rozmów z znajomymi i rodziną – telewizyjnymi fachowcami od turystyki - często słyszę rady: nie jedź tam, nie rob tego a tam i tam jest zbyt niebezpiecznie dal was. Ostatnio, ktoś mnie przestrzegał przed Rosją, ponieważ tam mieszkają bardzo źli ludzie. “A kiedy tam byłeś, czy to nie było 30 lat temu!!!?” - zapytałem. Teraz też zaryzykowałem i ruszyłem z Wojtkiem na szlak.

Już pierwszego dnia, po osiągnięciu dolnej stacji, poszliśmy do szkoły. Nazwa “dolna stacja” trochę dziwnie brzmi, bo znajduje się na wysokości 4.800 metrów n.p.m. Nikt jednak nie tracił czasu na rozmyślanie nad sensownością nazewnictwa, tylko pilnie uczestniczył w zajęciach. “Tata, idę wreszcie do szkoły!” Wojtek mając przez cały rok labę od edukacji, szczerze ucieszył się z “obowiązku” nauki wspinania się po lodowcu.

Lodowiec, lodowiec... Każdy uczył się w szkole o wiecznym lodzie. Słyszał o potężnych lądolodach albo oglądał jakiś program, na ten temat, w telewizji. Nie każdy mógł jednak zobaczyć na własne oczy, jaka to jest potęga. Gdy podszedłem pod wysoką na kilka pięter ścianę czystego lodu, dopiero zrozumiałem, o co tu chodzi.

Tysiące ton lodu, które prą do przodu. Człowiek ma wrażenie, jakby ta potężna masa była żywym organizmem. Stojąc obok lodowca, można usłyszeć jakby jakieś mruczenie. To szumi woda, która płynie pod lodowcem. Nie widać jej, ale słychać jakie wielkie ilości płyną gdzieś pod spodem. Z różnych stron poszczególnych lodowych jęzorów wypływają strumyki a nawet rzeki, tworząc zimne jeziora.

Nie mogliśmy oddać się zbyt długim marzeniom i rozmyślaniom o smutnym losie otaczających nas 3 lodowców, które w przeciągu kilku lat umrą. Wskutek globalnego ocieplania klimatu podzielą los oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów od La Paz, najwyżej położonego na świecie, wyciągu narciarskiego. Lodowiec Chacaltaya, na którym działał wyciąg, zniknął ostatecznie w 2010 roku zostawiając po sobie piekną górę i opuszczone wyciągi narciarskie.

Wspinacz Wojtas

Ćwiczyliśmy z Wojtem kilka godzin wchodzenie w rakach po stromym lodowym wzniesieniu. Najpierw wspinaczka prawo, z czekanem od strony skały i liną w prawej ręce. Potem, tak samo w drugą stronę. Następnie próbowaliśmy wspinania się z dwoma czekanami po pionowej ścianie. Najpierw czekan wbijamy w skałę, potem podciągając się na nim, wciągamy całe ciało w górę i wbijamy w lód raka. Opierając się na nim, wbijamy kolejny czekan i tak dalej. Niby proste, ale po kilku metrach takiej wspinaczki człowiek zaczyna się rozglądać, za jakąś … “śnieżną windą”. Ojoj jak dobrze, że cały czas asekurował nas z liną ktoś na dole. Wchodząc na 15 metrową ścianę w połowie drętwieją ręce i kręgosłup.

Wojtek radził sobie nieźle i cały czas śmiał się, że dziś kocha szkołę. Mnie dopadła wysokościówka. Dostałem rozstroju żołądka i większość szkoły wspinania, przesiedziałem z tyłkiem w śniegu. Miałem czas na rozmyślanie… Czy do Wojtka dotrze kiedyś, że ciężką pracą można osiągnąć sukces? Czy znajdzie sens, odwagę i zaparcie w poświęciu się czemuś? Ta wspólna wspinaczka na 6-tysięcznik miała pokazać mu, to właśnie.

Bałem się jednocześnie o powodzenie ekspedycji. A jak nam się nie uda? Może on jest za mały? Podejmując decyzję, słyszałem od przewodnika, że kilka lat temu wszedł na szczyt jeszcze młodszy chłopak. “…ale on mógł być synem boliwijskiego Kamińskiego i w kołysce bawić się czekanem” – kotłowały mi się myśli w głowie i marzła pupa.

Wieczorem w obozie poznaliśmy kolejnych członków ekipy: Chiljkę, Niemca z Berlina Wschodniego, Lu - chłopaka z Tajwanu, w 8 miesiącu wyprawy po Ameryce oraz parę Francuzów. Wojtek zaraz zaczął z nimi gadać a ja zmieniłem lodową łazienkę na kamienisty wychodek.

"Houston, Houston, mamy problem..."

Byłem załamany. Pocieszały mnie tylko dwa fakty. Piękny widok na Huayna Potosí, którą mogłem obserwować bezpośrednio z tronu oraz widoczne efekty chilijskich tabletek, które dostałem od nowej koleżanki. Za cudotwórcze dla mojego żółądka specyfiki odwdzięczyłem się jej “sorocze pils” - lokalnymi tabletkami na chorobę wysokościową.

Przeklęta choroba wysokościowa

Sorocze, czyli choroba wysokościowa atakuje, jak loteria. “Możesz się czuć na 10 górach świetnie a 11-ta rozłoży cię na łopatki” - przewodnik przestrzegał nas przed wysokościówką i prosił, żeby nie ignorować objawów. Ból i zawroty głowy, problemy z oddychaniem, rostrój żołądka i brak snu mogą skutecznie zablokować wspinaczkowe zapędy każdego, od profesjonalisty po zapaleńca, takiego jak my.

Nam jednak udało się. Chilijska medycyna zwyciężyła nad ranem z moim żołądkiem i pomimo nieprzespanej nocy miałem dobry humor a towarzyszka Chilijka przestała odczuwać zawroty głowy. W drugi dzień przeszliśmy 300 metrów i na wysokości 5.130 metrów n.p.m. dotarliśmy do górnej stacji. Tym razem wszystko zgadzało się z nazwą i świadomi wczesnej pobódki poszliśmy spać.

Pobódka o 12 w nocy

Sam nie wiem, czy wogóle opłacało się spać. Przewodnicy weszli o 12 w nocy do pokoi i oświadczyli, że to by było na tyle, jeśli chodzi o odpoczynek. Kompletnie nieprzytomny zrozumiaem, dlaczego położyliśmy się spać przed 18. Zsunęliśmy się z piętrowych łóżek i zaspani zaczęliśmy wdziewać z Wojtkiem nasze lodowe gadżety.

O 1 w nocy byliśmy już na szlaku. Było zimno, ciemno, ale wspaniale. Nie przeraziła nas temperatura minus 10 stopni i chrupiący pod stopami śnieg. Parliśmy do przodu, jak tury. Przewodnik, Wojtek i ja, na końcu, Wszyscy związani liną. Krok za krokiem, powoli, żeby jak najmniej pobierać tlenu. Ziąb okropny i im wyżej, tym zdawał się bardziej nie do zniesienia. Miałem na głowie, kominiarkę, czapkę z alpaki i kask a wiało, jakbym prół 100 na godzinę, bez okrycia na motorze. Woda w plecaku zamarzła po godzinie i przed wypiciem trzeba było mocno ruszać butelką. Ale co tam, szliśmy dalej. Wojtek przestał rozmawiać. Szedł zamyślony, jakby zahipnotyzowany a ja bałem się za nas obu. “Dojdziemy? Uda nam się?”

Szliśmy i szliśmy. Przewodnik przestrzegał nas przed robieniem zbyt częstych przerw. “Każda postój, to utrata rytmu i duże wychłodzenie ciała” . Wojtek, najmłodszy uczestnik wyprawy, straszliwie marznąc w trakcie postojów, wstawał już po 2 minutach odpoczynku i prosił starszych o kontynuowanie wspinaczki. Faktycznie, z jednej strony po 30 minutowym marszu, organizm dopominał się o postój a z drugiej zaś, po chwili zaczynało nami telepać okropne zimno.

Kryzys

Szliśmy tak, ponad 3 godziny. Przed 5 rano, nagle Wojtek zaczął płakać. To stało się nieoczekiwanie, z minuty na minutę. Szedł, szedł bez narzekania przez pół nocy i niespodziewanie usłyszałem wybuch spazmów płaczu. “Tato, ja nic nie mówiłem, bo widziałem, że ci jest bardzo ciężko, ale ja już nie mogę. Nie dam rady dłużej iść. Nie czuję lewej nogi”.

“Wracamy!!!” – ta myśl przesłoniła mi na chwilę cały świat. “Wracamy synku, nie martw się, już wracamy razem” – powiedziałem automatycznie, sam tego nie chcąc. “Odpocznij chwilę i zaraz wracamy”. Przytuliłem go mocno do siebie i głaskałem kojąco. A więc jednak nie udało mi się. Zawaliłem egzamin w jego szkole życia. Przewodnik zaczął organizować podział grupy i nasze zejście.

Sytuacja bez szans na pozytywne zakończenie. Ciemno. Zimno. Siedzimy w śniegu na skraju przepaści a Wojtek dalej płacze. Głaszczę go i jednocześnie kombinuję, co zrobić.

Popatrzyłem na mojego garmina: 5.900 metrów. Brakuje nam 188 metrów do szczytu. “Nie możemy się teraz wycować!”. Nie chę, żeby syn poniósł porażkę na swojej pierwszej poważnej górze. Tak po prostu mamy się odwrócić i pomaszerować do łóżka? A jak Wojtek będzie robił tak samo w życiu? Odwróci się od egaminu na studiach, od ciężkiej pracy, od żony, od rodziny, od każdego wyzwania, które wyda mu się z ciężkie…? Cholera, ja też nie chcę się poddać! Mam szansę na pobicie rekordu. O 4 metry, ale zawsze to kolejny 6-tysięcznik i nowe doświadczenie.

Nagle pośród tych kotłujących się w głowie myśli, usłyszałem płaczący głos Wojtka: “Tato, ja nie chcę wracać, wymyśl coś”. To było to, czego potrzebowała moja psychika. Usłyszałem wezwanie do działania dokładnie w tym momencie, w którym powinienem to usłyszeć.

Wojtek dał mi rozwiązanie problemu. Przecież przez kilka godzin parliśmy po prawie pionowych skałach. Gdyby nie czekan i lina, wiążąca grupę, spadlibyśmy na pewno w dół. Bardzo rzadkie przerwy przemęczyły syna. “On ma zwykły skurcz!” – pomyślałem. Dokładnie taki, jakich ja miałem setki, gdy w jego wieku trenowałem piłkę nożną. “Gdzie cię boli?” zapytałem i już po chwili rozmasowywałem mięsień lewego uda.

Przytuliłem Wojtka i jeszcze raz zapytałem, czy chce wracać. “no co ty tato, jestem tak blisko i mam się teraz poddać?”. Szczerze mówiąc nie byłoby, to wcale takie dziwne. Francuzi, po rezygnacji, byli już od pół godziny w drodze powrotnej do obozu a Tajwańczyk był ciągle sporo za nami.

Udało się!

50 minut później, po 4 godzinach i 20 minutach wspinaczki po śniegu, od wysokości 5.130 metrów, garmin pokazał wreszcie 6.088 metrów. Zdobyliśmy Huayna Potosí! Mieliśmy, tym razem obydwaj łzy w oczach.

O rany, stoję z moim synem na jednej z najwyższych gór Ameryki! Łooooł !!! To nasz wspólny sukces. Wojtek zapamięta, jak ciężko wchodziło mu się na jego pierwszy 6-tysięcznik i za każdym razem, gdy o tym pomyśli, przypomni mu się uczucie, jakie poczuł na szczycie.

Patrzyłem na świat z góry i z jednej strony myślałem, jaki jestem wielki, a z drugiej, jaki malutki, wobec ogromu tych gór. Huayna Potosí będzie teraz najpiękniejszą górą w moim życiu. To mój pierwszy, wspólny z synem 6-tysięcznik. Wspinaczka po jej śnieżnych, pionowych grzbietach to niesamowite przeżycie a ja zrobiłem to z moim dzieckiem!!!! Pokazałem Wojtkowi, że po ciężkiej pracy, przychodzi sukes. Zwycięstwo w gorzkich łzach, jest najsłodszą wygraną, jaką może sobie zafundować człowiek: “no pain, no fan”, “no pain, no glory”.

Opłaca się marzyć...?

W trakcie tej wyprawy martwię się czasami o pracę. Jak potoczy się nasze życie w Polsce po powrocie. Zostawiłem świetny hotel, który prowadziełem 10 lat. Myślę o tym, jak to będzie “PO”. Czy znajdę zatrudnienie, żeby utrzymać moją rodzinę? W takich momentach, jak ten, stojąc na szczycie 6-tysięcznika i przytulając się do zmarźniętego, zmęczonego i roześmianego dziecka wiedzialem, że dobrze zrobiłem.

Realizacja marzeń, to coś, co tak naprawdę nas buduje i czyni wielkimi. Praca, jest bardzo ważną częścią życia każdego człowieka, ale nie może stanąć ponad rodziną, marzeniami i człowieczeństwem, bo wtedy zatracimy samych siebie w pogoni za pseudo realizacją.

TOP

Kolejny 6-tysięcznik na trasie naszej wyprawy dookoła świata. Dokładnie 6.088 metrów zdobyte z Wojtkiem.

Huayna Potosí - nasz pierwszy wspólny 6-tysięcznik