Wyprawa dookoła świata z dziećmi | Łopacińskich Świat







© 2014 Łopacińskich Świat. All Rights Reserved.
Żadna część tego serwisu internetowego
nie może być kopiowana lub dystrybuowana
w żadnej formie bez pisemnej zgody
właściciela serwisu.
Projekt i wykonanie:
Studio reklamy ADGRAPE

Home / Blog rodzinny / 25.03.2015 - .................. Indie / Święte pogrzeby w świętym Varanasi

Święte pogrzeby w świętym Varanasi

Święte miasto Indii. Duchowa stolica państwa. Varanasi, Benares, Banaras lub Kashi. Każdy może wybrać sobie nazwę, którą preferuje. Najbardziej znana, Varanasi pochodzi od połączenia nazw dwóch rzek, Assi i Varuna, między którymi osiedlili się pierwsi mieszkańcy. Jedno z najstarszych miast na świecie. Hieroglify wskazują, że już od ponad 3 tysięcy lat trójkąt 3 rzek, Asi, Vara i Gangesu zamieszkiwali ludzie. Co ich tu przyciągało?

Święta rzeka. Ganges od zawsze był czczony, jako rzeka dająca życie. Dająca życie i zabierająca je, w trakcie powodzi. Hindusi wierzą, że w Ganges jest najkrótszym przejściem do bogów, więc przyjeżdżają tu umierać. Wielu, czując, zbliżający się koniec, osiedla się w Varanasi i w modlitwach, czeka na śmierć. Pogrzeby odbywają się na brzegach Gangesu przez 24 godziny na dobę. To dzięki Gangesowi Varanasi jest święte.

Święty Ganges

Chciałem tu przyjechać, żeby właśnie zobaczyć ostatnie rytuały. Czułem, że spacer brzegiem Gangesu będzie niesamowitym przeżyciem. Tu cały czas dzieje się coś magicznego. O wschodzie słońca, w ceremonii światła, ludzie modlą się nad brzegiem do bogów wypraszając o dobry dzień. Kapłani stojąc na podwyższeniach palą święte lampy, rozrzucają płatki kwiatów i grają na rogach, prosząc Ganges o szczęście. Wieczorem ta sama ceremonia nabiera niesamowitych barw, gdy kapłani wznoszą sześciopiętrowe lampy oliwne do nieba i wymachują nimi do swoich bogów. Idąc brzegiem świętej rzeki co chwila trafia się na coś niesamowitego. Krowa jedząca śmiecie z “świętego kosza”, człowiek budujący drewnianą łódką na chodniku, wielka uroczystość mnichów z 300 zaproszonymi gośćmi i chodzącymi między nimi krowami czy święte kąpiele ludzi.

Ostatnia droga

Jest jedno miejsce szczególne. Obok elektrycznego krematorium znajduje się kawałek wybrzeża, poświęcony pożegnaniom zmarłych. Z pozoru to kawałek chodnika, niczym nie różniący się od innych fragmentów wybrzeża. Przechodząc jednak obok kilku dziwnych ognisk, można zauważyć palącą się rękę, albo ludzką nogę. To hinduskie miejsce palenia zwłok. Osoba zmarła powinna być pochowana przed upływem 7 godzin, żeby ciało nie zdążyło zesztywnieć. Gdy ten czas się wydłuża rodzina masuje zmarłego i namaszcza olejami. Hindusi wierzą, że śmierć nie jest końcem, tylko przejściem do nowego życia. Ciało musi być więc elastyczne i gotowe do drogi.

Siedząc na uboczu mogliśmy obserować te uroczystości. Rodziny donosiły na brzeg, zawinięte w biało płótno ciała bliskich. Czasami robiły to w skupieniu a czasami bardzo hucznie z bębnami. Zmarły jest niesiony na specjalnie skonstruowanych bambusowych noszach. Tradycją jest samodzielne wykonanie tych noszy, choć na ulicach spotykaliśmy sklepy je sprzedające. Widzieliśmy też wniesienie ciała na zwykłym łóżku. Nieboszczyk przystrojony jest też w kolorowe, najczęściej złote i żółte płótna. Obrzęd pożegnania zaczyna się odsłonięciem twarzy i 5-krotnym wlaniem w usta nieżyjącego, świętej wody z Gangesu. Każdy członek rodziny nabiera wodę w ręce i wylewa na twarz odchodzącego. W tym czasie przygotowywany jest stos z świętego drewna. Każde ciało zostaje położone na 360 kilogramach drągów. Potem podchodzi ze świętym ogniem mnich lub najważniejszy członek rodziny i wykonując 5-krotne obejście ciała podpala stos. Ogień utrzymywany jest w świątyni i są tacy, którzy twierdzą, że pali się nieprzerwanie do 3,5 tysięca lat. Proces palenia zwłok trwa do 3 godzin a rodzina w tym czasie tańczy i śpiewa. Pogrzeb jest dla nich z pewnością smutnym wydarzeniem, bo widać niekiedy płacz i łzy na twarzach, ale wierzą, że ich bliski jest już w innym, lepszym miejscu. Nie wszyscy potrzebują być oczyszczeni w świętym ogniu. Kobiety w ciąży, dzieci poniżej 10 lat, ugryzieni przez kobrę i mnichowie są wrzucani do wody bez obrzędów z ogniem.

Z dziećmi na hinduskich pogrzebach

Pomimo makabryczności obrzędu, byliśmy tam razem z dziećmi. Razem widzieliśmy, jak od przepalonych na pół zwłok odpadały członki. Wciskano wtedy w ogień ręce lub nogi i dopilnowywano spalenia całości. Po spaleniu zbierano popiół do worków, by na spokojnie sprawdzić pozostałości w celu znalezienia złotych zębów, obrączek i kolczyków. Często się zdarza, że rodzina nie chce własności zmarłych i obsługa pochówku sprzedaje je a uzyskane pieniądze przeznacza na zakup drewna. Życie toczy się dalej a na dowód tego, spacerujące pomiędzy palącymi się zwłokami krowy, zjadły okolicznościowe kwiaty a zaraz przy rzece stały stragany z suszonym krowim łajnem (służącym do gotowania) i drewnianymi patyczkami do mycia zębów.

“To po człowieku zostaje tylko taka kupa popiołu?” – przerywając długie milczenie, zapytała Lusia. “Tak, z naszego ciała zostaje popiół, ale my wierzymy, że mamy jeszcze coś, co jest nieśmiertelne córeczko” – odpowiedziałem. Życie nie może być jedynie kilkudziesięcioletnim zmaganiem się z przeciwnościami, bo nie miałoby sensu. Czy to przypadek, że do Varanasi przyjechaliśmy na tydzień przed Wielkanocą, czyli świętem Zmartwychwstania… Musi być do cholery KTOŚ, kto ma pomysł na ten świat. Nie ważne, jak go ludzie będą nazywać Jesus, Buddha czy Allah i nie ważne kim będą, chrześcijanami, buddystami, sikhami, jehowymi, muzułmanami czy hindusami. Ważne, aby byli po prostu dobrymi ludźmi.

Gdzie na Wielkanoc…?

A propo świąt, to ciekawe gdzie będzie nam dane je spędzić. Na tydzień przed, nie mamy jeszcze żadnego planu. Nawet nie wiemy, czy będziemy jeszcze w Indiach, czy wjedziemy już do Bangladeshu. Dzięki internetowej znajomej, miejsce na polskie Bożenarodzenie, znaleźliśmy w Buenos Aires na dzień przed wigilią. Mamy więc jeszcze stosunkowo dużo czasu…

U Tanay i Smithy

W Varanasi gościliśmy u młodego hinduskiego małżeństwa, które niedawno przyjechało z Filipin. Tanay, wykładowca miejscowego uniwersytetu, Banaras Hindu University, zorganizował nam spotkanie z studentami. Dzieciaki opowiedziały o naszej wyprawie a ja, poproszony wcześniej przez Tanay, zrobiłem motywacyjny wykład dla młodzieży. Pytałem ich: “Masz marzenia? A co w tym tygodniu zrobiłeś, żeby zbliżyć się do ich realizacji? Weź swoją przyszłość we własne ręce! To od ciebie zależy, kim w życiu będziesz.” – i takie tam. W zamian wysłuchaliśmy aż 4 prezentacji o lokalnej tradycji, gastronomii i turystycznych atrakcjach.

Tanay był świetnym gospodarzem. Każda godzina naszego pobytu była zaplanowana. Po śniadaniu, stawaliśmy na przeciwko tablicy i spisywaliśmy sobie, co należy dziś zrobić. Był zachód słońca nad Gangesem i wieczorna ceremonia światła. Była tajlandzka świątynia, Sarnath z wysoką ponad 25 metrów figurą Buddhy i stare sakralne stupy. Były spacery po mieście i wschód słońca o 5:58 z magicznymi tańcami mnichów. Była też super kuchnia Smithy, która zmieniła nasze postrzeganie indyjskiej gastronomii. Gospodyni gotowała takie pyszności, że całą czwórką nie mogliśmy doczekać się na kolejne posiłki. Redukując trochę dla nas stopień pikatności, otworzyła jakby drzwi do zrozumienia lokalnych potraw.

Do Kalkuty szybkim ekspresem

Kolejny przystanek mieliśmy zaplanowany w Kalkucie, do której mieliśmy się dostać ekspresem. W Indiach jednak pociągi mają swoje własne rozumienie komfortu i punkualności, więc nasz super szybki ekspres przyjechał sobie spokojnie z 2,5 godzinnym opóźnieniem. Dobrze, że Tanay miał aplikację do sprawdzania statusu pociągu i ten czas spędziliśmy w miłym towarzystwie w domu, zamiast na stacji. Zaplanowana na 21 godzin podróż szybkim pociągiem zapowiadała się więc całkiem ciekawie.

TOP

W świętym tygodniu dojechaliśmy do świętego, dla Hindusów, miasta. Varanasi jest magiczne.

Święte pogrzeby w świętym Varanasi