Po przemyśleniach na krawędzi wulkanu San Salvador ruszyliśmy zapoznać się z stolicą El Salvadoru. Tym razem było bardzo podnośnie.
Pierwszy raz mieliśmy przewodnika, który naprawde fajnie opowiadał historię miasta. A nie była łatwa, bo pobliski wulkan nie był zbyt laskawy dla miasta i kilka razy narobił w nim bigosu.
Poznaliśmy historię Oskara Romero, arcybiskupa El Salvadoru, który został zamordowany w 1980 roku. Jego historia przypomina mi naszego księdza Popiełuszkę.
O rany, ile się naczytaliśmy o Hondurasie. Najniebezpieczniejsze państwo świata. 148mordertw na 10 tys mieszkańców. Nie jedźcie tam, bo was zamordują. Hmm, nie jst miło usłyszeć takie rady, ale cóż było robić… Pojechaliśmy do Hondurasu.
“Nie wychodźcie w nocy z domu i nie wchodćcie w dzień do tych i do tych dzielnic”- takie przestrogi uslyszeliśmy od goszczącego nas Hiszpana, Fernando. I takie rady szanujemy. Są konkretne i wnoszące coś do naszej wyprawy.
Zresztą, gdy w nocy usłyszeliśmy w stolicy pistoletowe strzały,
Pupusa wielkością przypomina tortillę, ale jest zdecydowanie grubsza od swojej kuzynki. W trakcie ręcznego uklepywania ciasta wkłada się w środek różne dodatki. Na pewno domyślacie się, że najczęstszym jest frecholes, czyli pasta fasolowa. Używa się też często słonego, białego sera, drobno zmielonego kurczaka, krewetek, warzyw. Dzieci zajadały się pupusami na słodko, podawanymi z owocami i słodkim, białym serem.
Kuchnia honduriańska opiera się na balaedas.
Smaruje się ją fricholes (fasolową pastą) i nakłada różne dodatki. Lizka jadła baleadas z serem i jajkiem a Wojtuś z fricholes, serem, jajkiem i kurczakiem.
Po gwatemalskim TIKAL, meksykańskich TULUM i CHICHENITZA przyjechaliśmy do kolejnej stolicy państwa Majów. Honduraskie COPAN jest również wpisane na listę UNESCO.
Czym różni się Copan od innych, zwiedzonych przez nas lokalizacji? Lusia na pewno powie: “papugami!!!” Na terenie wykopalisk żyje stado 40 albo 50 papug Ar. To i dla nas, dorosłych było niesamowite.
Wojtkowi spodobały się tunele.
Wrażenie na całej naszej rodzince zrobiły potężne metalowe drzewa “rosnące” na głównych alejach miasta. Najbardziej jednak przeżyliśmy corridę. Pierwszy raz (a to ci heca, znów coś zrobiliśmy pierwszy raz…) w życiu poszliśmy na corridę. Nie popsuło nam humorów 1,5 godzinne opóźnienie z rozpoczęciem. Panowie tak sie spieszyli, że rozgniewane byki, poszły … spać. Spóźnienia w tej części świata to normalka. Sana corrida, to rewelacja. Nie zdawałem sobie sprawy, jak to jest niebezpieczne… Może zdjęcia trochę to oddadzą. Przez chwilę jednak trzeba zapomnieć o zwierzęco/humanitarnuch kwestiach i nie myśleć o tym, co myślą, podczas tej zabawy, byki. Dla sprawiedliwości warto podkreślić, że w przeciwieństwie do meksykańskiej i hiszpańskiej corridy, tu byki nie sa ani zabijane ani nawet ranione, czego nie można powiedzieć o dwóch zawodnikach.
Wulkan Masaya zwany przez starożytnych "La Boca del Infierno" (gęba diabła) był czczcony, jako bóstwo. Odbywały się tu uroczyste obrzędy religijne, podczas których zrzucano małe dzieci do krateru, jako ofiary dla boga. Gdy Hiszpanie podbili te tereny, ustawili krzyż obok krateru, aby odstraszyć diabła. Jednych i drugich pogodziła potężna erupcja wulkanu. Wielki wyciek lawy zniszczył na kilkaset lat całą okolicę.
Wulkan jest nadal czynny. Ostatnia erupcja miała miejsce w 2008 roku. Z krateru wydobywa się cały czas dym a wokół, czuć stare jajka (śmieją się dzieci), czyli siarkę. Ochrona ostrzega, że stężenie wokół krateru jest tak duże, że nie powinno się przebywać na szczycie dłużej, nić 5 minut. Sam szczyt nie jest zbyt okazały, bo mierzy zaledwie 635 metrów n.p.m.
Po zapewnionej przez Ministerstwo Turystyki wycieczce po jeziorze i zwiedzaniu Granady, ruszyliśmy na kolejne wyzwanie: nasz numer siedem. Wulkan Mombacho. 1344 metrów n.p.m.
Mombacho jest wymarły, ale przez otaczający go klimat żyje w postaci endemicznych, tylko tu występujących roślin. Najciekawsza jest najwyższa partia roślinności, która wiecznie przykryta wilgotnymi chmurami, rośnie w jakiś dziwny, niespotykany sposób. Nie umiem opowiedzieć na czym dokładnie polega ta “inność”. Na pewno jednym z elementów jest niesamowita siła witalna tych roślin. Tutaj rzucony patyk na ziemię, następnego dnia puszcza korzenie. Płoty robi się tak, że wkopuje się kije, które same zamieniają się w wielkie żywopłoty.
Gdy zeszliśmy na chwilę na wulkanie z trasy, poczuliśmy co to znaczy dżungla. Ściana pnączy, korzeni i drobnych roślin, która nie pozwala iść do przodu. Nam się udało, bo znaleźliśmy koryto rzeki i nim dotarliśmy do drugiego szlaku.
Dziś postanowiliśmy wysłać nasze dzieci do szkoły. Wczoraj odwiedziliśmy tu szkołę podstawową i teraz, na zaproszenie Ministerstwa Turystyki Nikaragui, poszliśmy sami do szkoły.
To nie była zwykła szkoła. To były takie dziwne zajęcia sportowe. Lekcje surfowania. Co jak co, ale na surfowowaniu, to my się znamy dobrze. Od dwóch miesięcy surfujemy po kanapach ludzi i idzie to nam tak dobrze, że ani razu nie płaciliśmy za hotel.
Po lekcjach nurkowania w słonej wodzie Pacyfiku, ruszyliśmy na wielkie jezioro Nikaragua. Jego długość przekracza 160 kilometrów a na widnokręgu nie widać drugiego brzegu. Gdy kąpaliśmy się wreszcie w słodkiej wodzie, szalały fale, jak w Bałtyku.
Na środku jeziora znajduje się główna atrakcja Nikaragui: magiczna wyspa Ometepe. Ana niej dwa wulkany. Prom prowadził kapitan, który studiował na Wyższej Szkole Morskiej w … Szczecinie. Luśka fakt ten zgrabnie wykorzystała i przeprowadziła sesję fotograficzną na mostku kapitańskim.
Jesteśmy teraz w Nikaragui. Jest to państwo jak większość tutaj, bardzo biedne. Nikaragua wygląda dobrze tylko na wybrzeżach morza Karaibskiego i Pacyfiku. Tam też znajdują się wszystkie kururty dla Amerykańców. Oczywiście niechce tu obrażać ludzi z Ameryki, ale tata jak się kłóci z riksiarzami, albo sklepikarzami, to zawsze mówi “Ja nie jestem Gringo!!! Ja jestem z Polski i nie mam kieszeni wypchanych pieniędzmi! Dlaczego chcesz mnie oszukać?” My uciekliśmy do stolicy - Managua.
Godzinę poźniej siedzieliśmy już w pizerii z proboszczem parafii i cieszyliśmy się wyśmienitą pizzą i lóżkami w centrum pastoralnym.
San Jose, stolica Kostaryki przeszła nasze wyobrażenia. O rany, jak miasto w Ameryce Łacińskiej może być tak dobrze zorganizowane, nowoczesne i czyste… Na ulicach nie ma papierów. Ludzie są dobrze ubrani i jeżdżą nowymi autobusami europejskich oraz koreańskich fim. Autobusy zatrzymują się tylko na przystankach a pasażerowie ustawiają się w uporządkowane kolejki i grzecznie wsiadają do pojazdów. Normalnie szok!
Kłopoty prędzej czy później musiały przyjść. Kostaryka zaczęła się od samego początku źle. Drogie ceny, czasami wyższe niż w Polsce nastawiły mnie w pierwszym dniu z rezerwą do tego kraju. Sytuację pogorszył totalny brak zaproszeń na couchsurfingu. Nie mieliśmy gdzie spać a w podróży z dziećmi, to nieciekawa sytaucja…
Następnie zgubiliśmy karimatę a kiedy o tym rozprawialiśmy, pozbyliśmy się w autobusie następnej. Teraz mamy 2 na 4 osoby. Cholerka, trochę mało. Śpiąc niedawno w namiocie, doświadczyliśmy tego na właśnych tyłkach. Dobrze, że to była plaza nad Pacyfikiem i jakoś przebąkaliśmy z Lizką tę noc. Jedno jest pewne: musimy kupić karimaty.
Wyjechaliśmy z Golfito i oddalajać się od niebezpiecznych plaż Pacyfiku dotarliśmy do sennej miejscowości San Vito. Zasiedlona w latach 50 ubiegłego wieku przez Włochów ma delikatnie inny klimat i atmosferę, niż pozostałe miasta Kostaryki. Uznaliśmy, że powinna być sympatycznym miejscem na odpoczynek i uporządkowanie planów na Panamę i Kubę. Podziwianie szczytów gór przykrytych chmurami bardzo mnie tu uspakaja. Lasy chmurowe są po prostu niesamowite.