Pierwszy raz w życiu przekroczyłem barierę 6 tysięcy metrów. Przed wyprawą dokoła świata największym moim osiągnięciem była zdobyta kilka razy Babia Góra, która ma zaledwie 1.725 metrów n.p.m. To śmiech przy wysokościach andyjskich Kordylierów.
Musiałem spróbować. Ten wyjazd to poznawanie świata i poznawanie swoich własnych granic. Jedną z nich jest cierpliwość do dzieci. W Polsce wracałem zestresowany z pracy i nie miałem kompletnie odporności na wybryki dzieciaków. Tu uczę się na nowo patrzeć z dystansem na maluchy.
Na tak wysokim wulkanie chciałem poszukać mojej granicy odporności fizycznej. Było bardzo ciężko. Co chwila łamałem swój charakter i parłem do przodu. Już w obozie noclegowym na 5.300 metrów dopadła mnie choroba wysokościowa: pękała głowa, traciłem oddech i wymiotowałem. W ranną pobudkę a raczej nocną, bo przewodnik zbudził nas o 1 w nocy, doszła jeszcze biegunka. Byłem odwodniony i nie mogłem jeść. Trzęsły mi sie ręce z głodu a nie mogłem przełknąć ani kawałka chleba i wypić choć łyka wody. Co mi zaskodziło? Gulasz z alpaki? Jadłem go pierwszy raz w życiu, ale mięso było świeże i nikt z grupy nie narzekał.
Wstałem, gdy grupa już opuściła obozowisko. Ten jeden mały procent mojej psychiki wygrał! Powiedziałem sobie, że chociaż spróbuję. Przyjechałem tu, aby wyrać z tą górą. Muszę więc spróbować.
Wcisnąłem w siebie resztki śniadania mojej grupy i zapakowałem owoce w plecak. Wychodząc z obozu słysząłem chrapanie Jefreya. “Ale ma fajnie” pomyślałem. Rozpocząłem podejście po prawie pionowej piaskowej górze. To była jakaś masakra. Noga wpadała w piasek po kostkę a ja miałem piąć się pod górę. Robiłem odpoczyek, co trzy kroki do góry.
Byłem sam w zupełnej ciemności. Zasypiałem, wstawałem i szedłem dalej. Znów zasypiałem na piasku i skałach i budziłem się. Tak kilka razy. W oddali, wydawało mi się, że tysiąc kilometrów przede mną ruszały się malutkie światełka mojej grupy. Było mi raźniej, że i oni pewnie mnie widzą. Brnąłem dalej na oko oceniając ich szlak. Latarka czołówka była jedynym małym oświetleniem, które miało mnie prowadzić na szczyt. Przeraziłem się, gdy ich latarki przestały świecić. Weszli na wypiętrzenie i zniknęli mi z oczu. Problem tkwił w tym, że zupełnie nie znałem drogi i od tego momentu musiałem wyszukiwać po omacku śladów, bo butach mojej grupy.
Przeszedłem tak w pionowej linii prawie kilometr. Przed samym szczytem dopadł mnie przewodnik lżąć jak burą sukę, za to że samowolnie i w pojedynkę opuściłem obóz. Ta góra jeszcze kilka lat temu była na szczycie lodowcem. W 2008 roku lód całkowicie stopniał i teraz jest tylko śnieg na najwyższych partiach. Zamrożone jednak przez miliony lat skały pod wpływem słońca pękają i spadają w dół. Każdego sezonu ginie tu ktoś, kto nie zdąży odskoczyć przed spadającym głazem. Podczas pierwszego podeścia mijaliśmy skałę, wielkości ciężarówki, która dzień wcześniej stoczyła się obok poprzedniej grupy.
Zdenerwowany przewodnik kazał mi natychmiast wracać do obozwiska. Popatrzyłem na gps garmina. Brakowało 200 metrów do szczytu. Nie mogłem wykonać jego polecenia. Olałem faceta i ruszyłem dalej.
Półtorej godziny później wyjąłem z plecaka biało-czerwoną flagę. To było coś niesamowitego. Patrzylem na świat z góry i czułem się jak Kukuczka albo Marek Kamiński. Niby nie zrobiłem nic wielkiego, to przecież “tylko” 6 tysięcy metrów, ale w sercu byłem dumny z samego siebie. Złamałem się. Wstałem z tej cholernej karimaty i wyszedłem z namiotu. Dałem radę!!!