W Limie jest nam dobrze, jak w domu. Śpimy sobie w ambasadzie a na śniadanka chodzimy do Marii i Hanibala Krajewskich. Pani Maria mieszka tu od 40 lat i zna Peru, jak nikt inny. Ma własne biuro podróży, więc dokładnie wie, czego potrzeba podróżnikom.
Dziś na śniadaniu poznawaliśmy nowe owoce, kawę i lokalne przysmaki. W zakładce gastronomicznej wkrótce wrzucimy przepis na przepyszną pastę cebulowo-oliwkową pani Marii. “Zacznijcie każdy dzień od owoców a dopiero po 20 minutach zjedźcie wasze śniadanie” – Hanibal, żując liście “coci” uczył nas prawidłowego odżywania. “Z minerałami, które ma coca będziecie lepiej trawić, nie chorować na chorobę wysokogórską i zwiększycie swoją odporność.”
Lizka coci nie żuła i zachorowała. Zjadła u Marii śniadanie i padła do łóżka na cały dzień. Leczyła się naturalnymi metodami Hanibala: imbir, limonka, post i owoce. Ja natomiast z dziećmy spędziłem cały dzień z państwem Kralewskich. Zastanawialiśmy się nad planem pobytu w Peru. Pani Maria, ze swoim biurem podróży od samego początku jest partnerem naszej wyprawy, poświęcając swe doświadczenie i znajomośc Peru.
Jest o co walczyć, bo zejście z przewodnikiem do Kanionu Colca potrafi kosztować 800 dolarów od pary, transport z Arequipy do Cuzco autokarem turystycznym 65 dolarów od osoby a 20 kilometrowy odcinek pociągu z Cuzco do Matchu Pichu, około 200 dolców za rodzinę.
Szukając oszczędności Pani Maria zabrała nas do ośrodka Salezjańskiego, gdzie poznaliśmy wspaniałych ludzi, pomagających dzieciakom ulicy. Chłopiec, który uciekł z domu na ulicę, gdy jego matka przyprowadziła siódmego konkubenta. Dziewczynka, która ma zrośnięte palce u rąk i inna, która nie chodzi. Chłopiec, którego 6-miesięczna siostra była wczoraj operowana na serce. Te dzieci i 40-ścioro ich kolegów tam spotkaliśmy. Na sali czuć było dzięcięce tragedie połączone z młodzieńczym uśmiechem i entuzjazmem.
Większość dzieci pochodziła w poza Limy. Jedne z gór, inne z dżunglii a jeszcze inne z wybrzeża. Wszystkie łączyło nieszczęście nie bycia kochanym. Większość z nich nigdy nie przytuliła się do ojca lub matki.
Jak przemówić do nich? Jak przekazać wiadomość. Lusia zrobiła to najprościej: “Cieszę się, że są tu księża Salezjanie- dobrzy ludzie, którzy się Wami opiekują i życzę Wam, żeby Wasze kłopoty się w przyszłości rozwiązały i żebyście mieli własną, kochaną rodzinę”.
Ksiądz przyjął nas otwartym sercem. Umówiliśmy się na jutro na obiad, nocleg, prezentację i wspólny wyjazd do Pisco. Udało nam się niesamowicie, bo akurat jadą w środę dużym busem w tamtym kierunku i zabiorą nas ze sobą.
Wieczorem pojechaliśmy zwiedzać Limę. To dziwne, ale po 120 dniach wyprawy nie jestem ciekawy dużych miast. Byliśmy w Guatemala City, Panama City, Quito, Havanie i kilkunastu innych wielomilionowych aglomeracjach. Tłum ludzi, korki, wzajemne trąbienie na siebie, pośpiech i wszechobecny stres, czyli to wszystko przed czym uciekłem. Zostawiłem w domu życie według planu i ciągłe spieszenie się.
Wolę siedzieć przy stole, popijać dobre wino i gawędzić z Hanibalem o andyjskim dualiźmie, Inkach i współczesnym Peru.
Lima jednak dała radę mnie zaskoczyć. Dzielnica Mirafiores uderza swym pięknem, nie pozwalając być obojętnym, nawet tak antymiejskiemu zwierzęciu, jak ja. 150 metrowy klif nad Pacyfikiem z ogrodami, parkami, nowoczesnymi budynkami musi zaskoczyć. Ostatecznie poddałem się i zakochałem się w Limie w "Parque del Amor"...
Pierwszy raz widzę miasto, które tak pięknie współżyje z wodą. Na górze hotele, restauracje, ścieżki sportowe a na dole plaża, serfing i natura.
Jutro ostatni dzień w Limie. Jedziemy z Marią zobaczyć starą Limę a potem do Salezjanów na prezentację i … specjalnie dla nas przygotowane ruskie pierogi!!! W środę wyjeżdżamy do Pisco. Potem Nazca, Arequipa, Cuzco i Puna. Przed nami super 2 tygodnie, zakończone największą światową atrakcją turystyczną: Matchu Pichu.