Po przemyśleniach na krawędzi wulkanu San Salvador ruszyliśmy zapoznać się z stolicą El Salvadoru. Tym razem było bardzo podnośnie.
Pierwszy raz mieliśmy przewodnika, który naprawde fajnie opowiadał historię miasta. A nie była łatwa, bo pobliski wulkan nie był zbyt laskawy dla miasta i kilka razy narobił w nim bigosu.
Poznaliśmy historię Oskara Romero, arcybiskupa El Salvadoru, który został zamordowany w 1980 roku. Jego historia przypomina mi naszego księdza Popiełuszkę. Kilka razy ostrzegany przez rządzącą huntę woskową, żeby nie angażował się w sprawy polityczne, nie poddał się. Nie potrafił pogodzić się z niesprawiedliwością, którą przeżywali najbiedniejsi obywatele El Salvatoru. W tym czasie ginęło około 3 tysięcy ludzi miesięcznie.
Za swoją odwagę Romero został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla, ale największą sławę przyniosły mu słowa homilii, którą wygłosił dzień przed zab. Mówi się tu, że tymi słowami “zaklepał” sobie wyrok śmierci.
Romero powiedział wtedy do członków sił zbrojnych: Bracia, pochodzicie z naszego ludu. Zabijacie własnych braci. Każdy ludzki rozkaz dotyczący zabicia musi podlegać prawu bożemu, które mówi "Nie zabijaj". Żaden żołnierz nie jest zobowiązany wypełniać jakiegokolwiek rozkazu sprzecznego z prawem boskim.[...] Najwyższy czas, byście słuchali własnego sumienia, a nie grzesznych rozkazów. Kościół nie może milczeć wobec takiej niesprawiedliwości.[...] W imieniu Boga, w imieniu cierpiących ludzi, których płacz codziennie coraz wyżej wznosi się ku niebu, proszę was, błagam, rozkazuję wam: zaprzestańcie represji.
Następnego dnia zastrzelono Romera podczas mszy w szpitalnej kaplicy. Byliśmy na jego grobie w podziemiach katedry i w kościele, gdzie został zamordowany. To bardzo mały kościółek, przy szpitalu dla dzieci z rakiem. Jaką odwagę musiał mieć ten człowiek… Gdy stał przy ołtarzu dosłownie 20 metrów dalej na przeciwko, podjechał samochód z przciemnianmy szybami. Jedna z bocznych szyb otworzyła się. Wyjrzała z niej lufa karabinu i nagle wyleciał jeden pocisk. Jeden śmiertelny pocisk.
Stanąłem tam w miejscu tego samochodu. Popatrzyłem na ołtarz. Dlaczego nie uciekł? Nie schował się pod ołtarzem? Nawet nie krzyknął… Widząc ten samochód, nawet nie przerwał odprawiania mszy….
Na pogrzebie Romero, w którym uczestniczyło ponad milion osób z całego świata, siły bezpieczeństwa zabiły 40 cywilów. Teraz El Salvador jest wolny, ale panuje tu duży nipotyzm. Krajem rządzi 14 bogatych rodzin a w rządzie zasiadają ich członkowie i poplecznicy. Sytaucja powoli zmienia się i coraz więcej władzy przechodzi w stronę demokracji. To jednak bardzo powolny proces, bo większość ludzi jest niewykształcona. Panuje wysokie bezrobocie.
Widzieliśmy też najnowocześniejszy kościół Ameryki Łacińskiej. Nie używa się w nim elektryczności. Mozaikowy dach tak jest zaprojektowany, że na kolorowo oświetla wnętrze. Nie ma tam ani jednej kolumny. Istne dzieło sztuki.
Sam El Salvador nie jest ciekawy. Po Belize City to kolejne nieciekawe miasto. W samym centrum jest wiele kolonialnych budynków, ale bardzo zaniedbanych. Stoją w towarzystwie blaszanych bud. Miasto nie radzi sobie z ulicznym handlem i z brudem. Jest potężnym kontrastem do wulkanów, gejzerów i przepięknych gór “kawowych”. Ma jednak duży atut: do plaż Pacyfiku jest zaledwie 45 minut busem. Luśka się źle czuła, ale Lizka z Wojtkiem postanowili skoczyć na plażę. Pojechali we dwójkę chikenbusem i jako pierwsi z naszej ekipy kąpali się w Pacyfiku.
Na koniec pobytu mieliśmy tu mały problem. Gdy poszliśmy kupić bilet do Hondurasu, okazało się, że w autobusach brak jest miejsc. Ministertwo wynajęło nam hotel, więc nie szukaliśmy couchsurfingu, a z hotelu trzeba było się wyprowadzić. Kupiliśmy bilet na następny dzień i zaczęliśmy szukać hostów. Dosłownie w ciągu godziny odezwał się na couchsurfingu chłopak. Niedługo po tym podjechał po nas. Spalismy w najwyższym budynku w mieście, podziwiając panorama miasta zawieszonego między górami. Mówi się, że San Salvador leży na hamaku, pomiędzy górami a wulkanem o tej samej nazwie.
Wieczorem podczas kolacji zobaczyliśmy z balkonu niesamowity tropikalny deszcz. Lało przez 40 minut tak, że widać było dosłownie fale spadającego deszczu. Połowa świateł w mieście wyłączyła się a ulice spłynęły wodą. Tak jak nagle się to zaczeło, tak przestało padać i w kilkanacie minut znów się zrobiło parno. Rano wsiedliśmy do autobusu i odjechaliśmy do najniebezpieczniejszego państwa świata.