Dziś przyszła pora na kolejny wulkan. To czwarta bestia na naszej trasie. Jednak tym razem nie musieliśmy się wspinać. Bardzo dobrze, bo szwy z walki z lawą na gwatemalskim Pacaya jeszcze mi nie zeszły…
Wulkan San Salvador dzieli nazwę ze stolicą El Salvadoru. Można wjechać prawie na sam szczyt, co też zrobił nasz dzielny kierowca, przy pełnym poparciu policjantów. Dzieci zresztą też się ucieszyły, bo do dziś wspominają walkę na 3 tysięcznym San Pedro.
San Salvador jest zdecydowanie niższy. Ma 1893 metry n.p.m., z czego trzeba się wspiąć może na ostatnie 200 metrów. Wulkan nie żyje, to znaczy że ostatnia erupcja miała miejsce w 1917 roku. Jest jednak w nim, coś co przyprawia o zawrót głowy. To krater.
Stojąc na szczycie mozna spoglądnąć bestii w twarz. Tak zrobiłem też na Pacaya, ale ziejąca z krateru siarka z dymem skutecznie zaktywała mi dno. Tu, na San Salvador wymarły krater odsłania nam swoje wnętrze.
Otwór ma średnicę 150 metrów i jest głęboki na 800 metrów. To dwa i pół razy więcej niż wieża Eiflla w Paryżu! Stojąc i patrząc się na tą potęgę, człowiek zdaje sobie sprawę, jaki jest malutki...
A nam się wydaje, że tak dużo znaczymy, że jesteśmy nie do zastąpienia… Wydaje się nam, że to nasze życie i sprawy, którymi jesteśmy codziennie pochłonięci, wyznaczają niemal kierunek kręcenia się kuli ziemskiej. Gówno prawda. Nie jesteśmy tacy ważni, jak nam się wydaje. Jest dokładnie odwrotnie.
Czasami trzeba stanąć na wierzchołku i spoglądnąć przed siebie. Może poczujemy wiatr na plecach i sygnał do zmian. Może powinniśmy podjąć odważną decyzję.